Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2017

Pokolenie - "20th Century Women" Mike'a Millsa

Malkiem

Wśród tegorocznych nominacji do Oscarów znalazł się film, na który nikt nie zwrócił większej uwagi, nawet przy selekcji, to znaczy 20th Century Women – które teoretycznie szanse miały na nagrodę za najlepszy scenariusz oryginalny. Jakkolwiek zwycięzcy w tej kategorii, Manchester  by the Sea, nie można odmówić niczego, to i najnowsze dzieło Mike’a Millsa zasłużyło na uznanie – nie tylko za świetnie napisane relacje między bohaterami, ale i za dotknięcie tematu, którego kino nie porusza za często, mimo że samo wiele mu zawdzięcza, a mianowicie rewolucji seksualnej, której wpływ na społeczeństwo obserwujemy, śledząc losy bohaterów z trzech różnych pokoleń.
Warto jednak zacząć od tego właśnie słowa – pokolenie – które okazuje się swego rodzaju kluczem do odczytywania 20th Century Women. Mamy rok 1979, Dorothea jest samotną matką dorastającego Jamiego. Jak to zwykle bywa, nie jest pewna, czy czyni to właściwie. Rozumie też, że to okres, w którym nie ona będzie chłopcu najbliższa, wpada więc na pomysł znacznie mniej zwykły – postanawia poprosić o pomoc w wychowaniu syna swoją lokatorkę, Abbie, oraz przyjaciółkę i rówieśniczkę syna, Julie.
Brzmi to wszystko jak fabuła kolejnej komedyjki familijnej, ale patrzenie z tej perspektywy to fatalny błąd. Film faktycznie opiera się poniekąd na schematach z tego gatunku pochodzących, ale pod warstwą humoru, jak zresztą inteligentnego, kryje się o wiele więcej. Mills prezentuje widzowi głęboki dramat, w którym najstaranniej ukrywane uczucia ujawniają się pod pozornie niewinnymi żartami językowymi i to do nas właśnie należy właściwe ich odczytanie – sami bohaterowie rzadko wyrażają je bezpośrednio. W ogóle równowaga między oboma wspomnianymi gatunkami jest utrzymywana w perfekcyjny sposób. Dowcipy (same w sobie śmieszne) niejednokrotnie boleśnie ranią, by znów po chwili powrócić w bardziej emocjonalnej sytuacji i rozładować napięcie – to z kolei sugeruje jednak pewne lekceważenie ze strony postaci, która ten humor wprowadza. Zaskakujące jest też, co może okazać się żartem – prawda jest taka, że wszystko. W poważnej rozmowie na przykład szczera odpowiedź, ale zupełnie niszcząca nadzieje pytającego. Granica między komedią i dramatem praktycznie się zaciera, a widzowi przedstawiona zostaje harmonijna mieszanka – życie. 20th Century Women przypominają pod tym względem liczne filmy Woody’ego Allena. Niczym w Blue Jasmine spod poczucia humoru wyzierają gorycz i niespełnienie, a niepewność i zmienność relacji międzyludzkich prezentowanych z perspektywy dopiero wkraczającego w świat dojrzałych związków Jamiego przywodzi na myśl niedawne Café Society.
Inaczej jednak niż u starszego reżysera, w dziele Millsa wątki romantyczne co najwyżej przewijają się w tle. Twórcy, stawiając na miłość platoniczną, podjęli właściwą decyzję. Pozwala to na skupienie się na tym, co każda z kobiet daje piętnastolatkowi – Abbie wiedzę, Dorothea rodzicielską troskę, a Julie przyjaźń. Dziedziny te pozornie ze sobą nie kolidują, okazuje się jednak, że różnice w poglądach i wieku bohaterek także mają swój wpływ. Związek zresztą między tymi dwiema cechami zostaje wyraźnie podkreślony i uwidacznia się szczególnie w scenie wspólnego posiłku. Kobiety bowiem nie umieją zgodzić się w kwestii, o czym można, a o czym nie należy mówić. Julie, której właściwie całe życie zawarło się w okresie rewolucji seksualnej pragnie wręcz szokować, Abbie, zainteresowana tym zjawiskiem i dobrze zorientowana, nie zna tematów tabu, a przeciwwagę stanowi dla nich Dorothea, jako wychowana w czasach wielkiego kryzysu, która wie, że wiele rzeczy można zachować dla siebie, a i o uczuciach nie należy mówić zbyt otwarcie. Ta różnica zdań doskonale zresztą ilustruje to, co twórcy 20th Century Women chcieli przedstawić – ewolucję społeczeństwa, której tak naprawdę nie ma potrzeby oceniać. Każda z bohaterek ma swoje motywy, każdą można zrozumieć i szanować. Jedyna konkluzja, którą można w tej sytuacji wyciągnąć jest prosta – międzypokoleniowe porozumienie nie w każdej sytuacji jest możliwe i z niego też wynika niejaka płynność relacji. Raz wydaje się, że Jamie i jego matka mają doskonały kontakt, potem jednak okazuje się, że przeciwnie, nie są w stanie się porozumieć. Jamie, co dość przewrotne ze strony reżysera, tłumaczy tę niemożliwość właśnie tym, że Dorothea pochodzi z czasów wielkiego kryzysu – chociaż to tylko usprawiedliwienie braku starań, przed jakim się nas w ten sposób przestrzega.
Zaprezentowanie trzech pokoleń w sposób, w jaki robi to Mills, zbliża film do dokumentu – nie tylko bowiem mamy do czynienia z niejednokrotnie boleśnie realną sytuacją życiową, ale i zastosowana zostaje swoista stylizacja. Opowiadające dalsze losy bohaterów głosy z offu, plansze z datami urodzenia czy wplecione w fabułę archiwalne zdjęcia – to wszystko dodaje filmowi autentyzmu, acz autentyzm to trochę bajkowy – postaci wspominają nawet o swojej śmierci. 20th Century Women pozostawia widza w oszołomieniu. Po opowieści o trzech matkach (chrzestnych) spodziewalibyśmy się (lub chcielibyśmy się spodziewać) disneyowskiego happy-endu. I choć zakończenie okazuje się raczej pozytywne, może wywoływać smutek – za bardzo przypomina o rzeczywistości.
20th Century Women różnią się od innych filmów o dorastaniu, choć może nie jest to ani różnica zbyt oczywista, ani zbyt wielka. Prezentują pełen sprzeczności okres dojrzewania przez sprzeczności właśnie, mieszając dramat z komedią, kontrastując pokolenia i wplatając baśń w dokument. Mimo wszystko jednak wczesna młodość zawsze okazuje się podobna – z tymi samymi rzeczami trzeba radzić sobie po raz pierwszy w każdej epoce, spotykają nas podobne rozczarowania i radości. Na sam film warto jednak zwrócić szczególną uwagę, bowiem poza głównym wątkiem, wybitnie zresztą absorbującym, dostajemy od reżysera wspaniały portret końca lat siedemdziesiątych, z ich nadziejami, społecznymi zmianami i lękami. Zostają nam przedstawione nie tylko fascynujące związki silnych (choć nieco schematycznie napisanych) postaci kobiecych, ale i obezwładniający brak widoków na przyszłość dla każdego, kto zdecyduje się pozostać w małym miasteczku. Poruszane wątki, jeden szczególnie, zyskują nowy kontekst także w realiach polskich – rewolucja obyczajowa (nie używajmy słowa na „s”) nie jest czymś, co nasze społeczeństwo zdążyło przepracować.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Shame on you, jeśli jeszcze nie widziałeś - "Skam" Julie Andem

Malkiem


Wśród skojarzeń, które budzi w nas Norwegia, znajdzie się raczej surowa natura czy wysoki poziom życia, niż cokolwiek związanego z małym czy dużym ekranem. Ktoś mógłby pewnie (gdyby mu się wyjątkowo poszczęściło) skojarzyć What Does The Fox Say? albo sam zespół Ylvis, który prowadzi zresztą własny talk-show, ale czy tamtejsza telewizja ma do zaoferowania coś więcej? Okazuje się, że owszem i ponoć budzi to wśród Norwegów takie same zdziwienie, jakie wywołałby w Polsce serial TVP zdobywający międzynarodową popularność.

poniedziałek, 3 października 2016

Poetycka psia anatomia - recenzja filmu "Serce psa" Laurie Anderson

Unknown

O nowym filmie Laurie Anderson słyszałem przed premierą naprawdę wiele i wszystkie głosy były raczej pozytywne; nagroda specjalna na festiwalu w Wenecji czy osobista rekomendacja Romana Gutka (gospodarza i fundatora festiwalu Nowe Horyzonty) jedynie potwierdzają wcześniejsze słowa moich znajomych. I jeszcze zanim zacznę ględzić o filmie powiem, że zdecydowanie warto iść i dać te 15 złotych za bilet, bo obraz to naprawdę cudowny, a w dniu premiery na sali oprócz mnie był tylko jeden starszy mężczyzna (co można tłumaczyć zbieżnością daty premiery z „Ostatnią rodziną”).  Ale czym tak właściwie jest „Serce Psa”?

Laurie Anderson znana ze swoich undergroundowych czy wręcz arthouse’owych ciągutek ukazuje nam tu historię bardzo osobistą, a tak naprawdę zapis kilku różnych historii przedstawionych bardzo chaotycznie, całkowicie wyzbytych chronologii czy w ogóle poczucia czasu. Przybliża nam kilka tematów, które wydarzyły się w przeszłości, ale z uwagi na swoją wagę rzutowały na całe późniejsze życie artystki. I nie są to wcale zdarzenia łatwe; wręcz przeciwnie, większość z nich jest na tyle przepełniona bólem i żalem, że zupełnie zacierają pamięć o zdarzeniach bardziej przyjemnych, które reżyserka również przybliża nam w filmie. Seans nie jest jednak wcale bezmyślnym przeglądaniem cudzego pamiętnika; opisywane zdarzenia często są jedynie pretekstem do refleksji, a każda bolesna historia pozostawia furtkę możliwości odniesienia tego do własnego życia. Bo pomimo tego że tak osobiste, historie opowiadane przez Anderson są w pewnym względzie uniwersalne, mówią nam wiele o stracie, strachu czy miłości. I mimo że reżyserka  w swoich rozmyśleniach często zapożycza myśli od filozofów, poetów czy duchownych (motyw buddyjski mocno obecny w życiu Anderson), to jednak kontrastując je ze wstawkami przedstawiającymi jej zmarłego psa grającego na keybordzie tworzy obraz bez najmniejszego cienia pretensji.

Formalnie, tak jak i treściowo jest bardzo różnorodnie; Laurie zdecydowała się na użycie kilku różnych narracyjnych języków, zmieniających się nie tylko podczas przechodzenia do innego tematu, ale także w obrębie tych samych historii. Zobaczymy więc tutaj: archiwalne filmy nagrane przez reżyserkę, ujęcia z miejskich kamer, ciemne impresyjne obrazy malowane pastelami czy też po prostu słowa napisane białą czcionką, pojawiające się i znikające z ciągłą nieregularnością. A wszystko to w akompaniamencie aksamitnego głosu Laurie, ale i muzyki, którą sama na potrzeby filmu stworzyła. 

I mimo, że podczas seansu ciągle bombardowany czasem szokującymi, czasem wzruszającymi, a czasem po prostu zwyczajnymi historiami wciąż chciałem wiedzieć więcej, to z seansu wyszedłem jednak z niezręczną ciszą w głowie, czując się jakbym zza parawanu podglądał czyjeś życie. Ale potem, zaraz za rogiem kinowego barku, naszła mnie myśl, że może Laurie zdaje sobie sprawę z mojej obecności za kawałkiem rozciągniętego materiału i w związku chce mówić o tym życiu właśnie mnie…

niedziela, 5 czerwca 2016

Czy aby na pewno #WSZYSTKOGRA? - recenzja filmu Agnieszki Glińskiej

Unknown

Zaraz po zakończeniu festiwalu Off Camera w Krakowie postanowiłem, że zbyt wiele widziałem w ostatnim czasie ambitnego kina. Że mam ochotę, że prawdopodobnie będę odczuwał przyjemność, jeśli z premedytacją pójdę na coś złego. Przejrzałem szybko repertuar pobliskiego multipleksu, a ponieważ wcześniej już odhaczyłem „Młodego Mesjasza” (który z plakatów kłamie, że powinien go zobaczyć każdy wierzący, bo moim skromnym zdaniem powinien zobaczyć go każdy ze sporym dystansem do swojej wiary - tyle idiotyzmu dawno nie widziałem w filmie nawiązującym do religijności, a przecież jestem po takich perełkach jak „Bóg nie umarł”) na liście pozostało jedynie #WSZYSTKOGRA - polski musical z doborową obsadą, który wykorzystuje stare (ale też i te nowsze) narodowe przeboje podczas rozwoju fabuły. Pomyślałem „okej, pośmieję się chwilę, bo pewnie dobrze nie wyjdzie”. Nie spodziewałem się jednak, że polska komercja może być aż tak potworna.

Trochę boli mnie fakt, że pieniądze polskich podatników PISF przeznacza na tego typu filmy - Polska naprawdę jest w stanie tworzyć dobre kino, więc takie #WSZYSTKOGRA, które jest w rzeczywistości prościutką historyjką, w którą ktoś wplótł znane piosenki żeby ludzie się cieszyli, wcale ich nie potrzebuje. Trudno mi nawet powiedzieć o czym jest nowy film pani Glińskiej. No bo mamy tu trzy kobiety w jakimś domu, który niby nie należy do nich, ale mieszkają w nim i bardzo oburzone są, że ktoś zamierza je stamtąd eksmitować. Są nimi kolejno: Eliza Rycembel, która jest taką bardzo antysystemową dziewuchą że aż maluje grafiti na murach i z jednej strony ma jechać na jakieś ważne stypendium za granicę, a z drugiej nie jest pewna czy to zrobić. Dalej Kinga Preis, która po całkiem udanym występie w „Córkach Dancingu” najwyraźniej stwierdziła, że musical jest jej konikiem. I fajnie, tylko nie jestem pewien co ona tu robi, bo z plakatów wynika, że to jedna z głównych bohaterek, kiedy Kinga zwyczajnie łazi z miejsca na miejsce, pojawia się w jakichś losowych momentach filmu i krzyczy „Umyjcie te naczynia szarlatany jedne!”. Poza tym wchodzi w najdziwniejszy romans w historii polskiego kina, ale o tym za moment. No i jest babcia, Stanisława Celińska, która z całego tego towarzystwa wychodzi chyba najbardziej prawdziwie, jesteśmy w stanie uwierzyć w jej problemy i przywiązanie do domu, którego nie chce oddać. Co z tego jednak, jeśli reżyserka woli skupić się na tym jaka śmieszna z niej babcia i wrzucać ją w super zabawnych scenkach. Na całe szczęście w środku filmu znajduje się jeden utwór ze wspomnieniami z młodości Celińskiej, co bardzo doceniam, bo scena jest naprawdę udana. 

Myślę, że głównym problemem tego filmu jest obrana musicalowa konwencja. Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć tego posunięcia twórców, bo utwory muzyczne, już pomijając fakt że nie najlepiej zaśpiewane, zupełnie nie pasują do fabuły. Pojawia się dla przykładu scena, w której główna bohaterka wieziona radiowozem śpiewa „ale w koło jest wesoło” na dwa głosy wraz z piłkarzem, który dopiero co odbył nieprzyjemną rozmowę z trenerem. Oprócz tego są okropnie zainscenizowane, zatrudniono tu tancerzy, którzy w tle do śpiewających bohaterów machają rękami i nogami na wszystkie strony bez opamiętania, zupełnie nierytmicznie. Zresztą pal licho rytm, ten taniec jako element tła jest zupełnie zbędny - nie oddaje emocji, ani nie wpływa w żaden sposób na klimat filmu. Nie lepiej jest jednak wcale z animowanymi sekwencjami, które pojawiają się podczas „Metamorfoz” - na ekranie oglądamy cały czas topornie zaanimowane graffiti chodzące po mieście. I tyle. Nie jestem w stanie w ogóle zrozumieć.

Kolejną przywarą są rzecz jasna bohaterowie, bo wcześniej wymienieni nie są w filmie jedyni. Zasadniczo można by wyciąć wszystkie męskie postaci, a film wcale nie straciłby wiele. Bo tak, każda z kobiet (a jakże!) ma swojego mężczyznę. Rycembel towarzyszy jakiś chłopak, który jedyne co robi to denerwuje widza mówiąc głównej bohaterce co jakiś czas: „ale ty jesteś świetna”. Za babcią chodzi wszędzie podchmielony pan Tadzio, który śpi, je i naprawia dach. Jest jeszcze Antoni Pawlicki, który w filmie pojawia się w przypadkowych miejscach i patrzy na wszystkich lodowatym wzrokiem. Ah, i jeszcze Paweł Wawrzecki, aktor ze sporym potencjałem komediowym, znanym przede wszystkim z serialu „Daleko od noszy”, który w filmie ma tylko jedną linijkę: „Dzień dobry”. Serio, zatrudniono tu komika, aktora całkiem zabawnego, żeby przewijał się od czasu do czasu siedząc na ławce w parku i raz powiedział „Dzień dobry”.

Dużo ciekawiej jest jednak z piłkarzem-chłopakiem Kingi Preis, czyli Sebastianem Fabijańskim. Pozwólcie, że zrecenzuję wam rozwój ich romansu. Pierwsza wspólna dla nich scena to impreza charytatywna, na której Kinga Preis mówi do niego: „myślisz że jesteś super?” a Sebastian Fabijański odpowiada: „Znam takie jak ty wiecznie niezadowolone z niczego kobiety”. Druga wspólna scena rozgrywa się w domu rodzinnym kobiet - porwany piłkarz schodzi po schodach, wychodzi z mieszkania i wita się z Kingą obcinającą żywopłot, po czym odchodzi. I wtem następuje trzecia scena, w której śpiewająca piosenkę Kinga idzie przez miasto i śpiewający piosenkę Sebastian też idzie przez miasto, aż spotykają się i zaczynają się całować. Przyrzekam, przedstawiłem w tej chwili rzetelną relację rozwoju miłości. Ja nie mam pojęcia kto na to wpadł, ale jak na podstawie trzech scen po 10 sekund jest się w stanie zbudować jakąkolwiek relacje między głównymi postaciami.

Dla ukazania tym z was, którzy nie widzieli tego filmu i nadal nie wierzą mi w jego infantylność, przytoczę teraz losową sekwencję ze środka filmu. Córka jest tak bardzo nonkonformistyczna, że po raz kolejny maluje rysunki na murach. Zauważa to piłkarz, który chyba dzwoni po policję (możemy się tylko domyślać, bo widzimy go trzymającego telefon przy uchu na balkonie swojego mieszkania) i ta policja przyjeżdża zabierając dziewczyny. Te wychodzą z więzienia i porywają pijanego w trupa piłkarza w ramach kary (?) za to, że zadzwonił. Potem zostawiają go w domu i dzwonią, żeby zażądać okupu, co wychodzi im tak beznadziejnie, że osoba, do której dzwonią, każe im nie robić sobie żartów. W tym momencie piłkarz wychodzi z domu, w którym był więziony i gdzieś sobie idzie. Do dziewczyn pod budką telefoniczną przychodzi Antoni Pawlicki, którego żadna z nich nie widziała nigdy wcześniej i mówi im, że ich więzień uciekł. Kurtyna. 


Wszystkie wspomniane wyżej mankamenty, a dodatkowo nieciekawie zaaranżowane piosenki, najdziwniejsza retrospektywa jaką dane mi było zobaczyć, w której dziadek Pawlickiego i prababka Rycembel grają razem w pokera (reżyser stwierdził, że widz jest idiotą, więc za te role odpowiadają właśnie Pawlicki i Rycembel) czy finał tak głupi i tak bardzo nietłumaczący niczego, tak bardzo niedający rozstrzygnięcia w tym co stało się wcześniej, ten finał, który sprawia, że w zasadzie wszystko co zdarzyło się przedtem jest zupełnie nieistotne. To wszystko powoduje że żałuję, że poszedłem na ten film i nie wyszedłem wcześniej, bo mogłem zrobić w tym czasie znacznie więcej ciekawych spraw jak oglądanie ślimaków przechodzących z jednej strony ulicy na drugą, czy coś. Ja naprawdę wspieram eksperymentowanie w polskim kinie i naprawdę popieram tworzenie polskich musicali. Tylko niech to będą musicale z pomysłem, jak chociażby „Córki Dancingu” Smoczyńskiej, a nie druga „Planeta Singli” z pretekstową fabułką i znanymi wcześniej utworami wrzuconymi w absolutnie losowe miejsca. 

środa, 30 marca 2016

"Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" reż. Zack Snyder

Unknown

Chciałem chwilkę ochłonąć, ale stwierdziłem, że z poczucia obowiązku muszę się przymusić. To, co zobaczyłem na ekranie, prawdopodobnie będzie śniło mi się jeszcze przez sporo czasu. A jak wiadomo, cenię was i nie chcę, żebyście cierpieli po nocach tak samo jak ja. Dlatego wrzucam tą recenzję dzień przed premierą i ostrzegam jednocześnie odradzając płacenia za bilet. Bo jest to prawdopodobnie najgorsza adaptacja komiksu z uniwersum DC Comics wszech czasów.

To niesamowite, że ktoś w ogóle dopuścił do produkcji tego dzieła. To bowiem zupełnie inny przykład złego filmu od „Fantastycznej Czwórki” i nie jestem w stanie porównać ze sobą tych dwóch produkcji w żaden sposób. F4 było słabym filmem na skutek problemów z realizacją, scenariusz był wielokrotnie zmieniany i przepisywany na ostatni gwizdek, żeby z pieniędzy wpakowanych przez Foxa w ogóle coś wyszło. Tu było inaczej. W „Batman v Superman” twórcy do dnia premiery byli pewni, że zrobili film pod każdym względem idealny - ambitny, aspirujący do czegoś więcej niż Marvel, a jednocześnie zrobiony na bogato, ze świetnymi efektami specjalnymi i ekscytującymi jak nic w świecie walkami. Nie udało im się to wcale, jak rozumiecie. Boli mnie jednak sprawa zupełnie inna. W materiałach promocyjnych, na zwiastunach czy plakatach film ten był reklamowany jako wielka epicka walka między dwoma ukochanymi bohaterami uniwersum. Gdyby przeanalizować wszystkie zwiastuny dotąd opublikowane można odnieść wrażenie, że film składa się głównie z sekwencji walki - to Batman tłucze Supermana, to Superman Batmana, ale świetna zabawa! Tymczasem jest zupełnie inaczej; walka między głównymi postaciami stanowi tu raptem 15 (słownie PIĘTNAŚCIE) minut filmu. Filmu przypomnijmy, który trwa 2,5 godziny. Co się dzieje w innych momentach „Świtu sprawiedliwości”? Nie mam bladego pojęcia, bo wydarzenia przedstawione na ekranie są tak chaotyczne i nieuzasadnione, a dodatkowo niesamowicie nieskładne, że nie wiem co chciał mi przez te sekwencje przekazać Zack Snyder. Wiem jednak, że już u świtu (rozumiecie żart?) nowo zaczęte uniwersum ponosi porażkę. I to tak sromotną, że prawdopodobnie z wielką dozą ostrożności pójdę na kolejne, zapowiedziane ze sporym wyprzedzeniem odsłony cyklu, jeżeli w ogóle to zrobię.

Nie mam nawet pojęcia od czego można by zacząć krytyczną analizę tego filmu. To rzecz fatalna w każdym procencie i nie jestem w stanie znaleźć tu żadnego elementu, który wypadłby co najmniej przyzwoicie. „Batman v Superman” jest bowiem niesamowicie głupim, tandetnym i śmiertelnie nudnym obrazem, który nie broni się na żadnej płaszczyźnie. Snyder prawdopodobnie starał się zrobić coś ambitniejszego niż inne filmy z gatunku superhero, jednak troszkę się przeliczył, w rezultacie czego dostajemy dziwaczną hybrydę kiczowatych scen metaforyczno-onirycznych (patrz scena otwarcia z unoszącym się Brucem i nietoperzami) z głupimi kliszami rodem z kina klasy B (patrz wszystkie sceny, w których Superman pojawia się znikąd ratując Amy Adams). Po pierwszej idiotycznej scenie, w której to pracownicy w wieżowcu należącym do Batmana pracują nawet w warunkach wielkiej zagłady miasta, wiedziałem, że nie będzie to specjalnie udany seans. Ale żeby aż tak przy tym idiotyczny?

A idąc dalej jest jeszcze gorzej. Scena, w której Batman i Superman stają się najlepszymi kumplami po tym, jak orientują się, że ich matki noszą to same imię jest już ikoniczna. Zresztą nie ona jedna - jest jeszcze przecież scena, w której Amy Adams wrzuca berło do zbiornika wodnego, żeby po 10-ciu minutach nurkować, żeby je wyjąć. Czemu to zrobiła? Albo scena, w której Superman decyduje się samodzielnie pokonać potwora, mimo że da się go zabić jedynie bronią, która jest szkodliwa JEDYNIE DLA NIEGO. Dlaczego tak zdecydował? No właśnie, cały film zdaje się składać z nielogicznych wyborów i niewyjaśnionych zachowań. Weźmy na przykład plan głównego villaina, Lexa Luthora. Chętnie poszedłbym na ten film drugi raz, byleby tylko zrozumieć, o co mu właściwie chodziło, ale internet w tym względzie zachodzi w głowę mniej więcej podobnie co ja, więc prawdopodobnie sobie daruję. 

Problemem jest też fakt, że brak jakiegokolwiek uzasadnienia dla działań bohaterów nie dotyczy jedynie poszczególnych scen czy czynności, a całego charakteru postaci. Nikt nie ma pojęcia o co chodzi Luthorowi. Nikt nie ma pojęcia, dlaczego Superman nie lubi Batmana (bo jeżeli przyjmiemy argument o treści: „Ten Batman to działa bezprawnie i morduje ludzi”, to Superman jest niesamowitym hipokrytą). Mamy tylko niewielkie pojęcie o motywacjach Batmana, wiemy jednak dlaczego gardzi Supermanem i dlaczego chce go zabić, więc dlaczego rezygnujemy z jedynych uzasadnionych motywacji na korzyść przebaczenia sobie za pomocą jednego, rzuconego w przestrzeń imienia? Swoją drogą można się nawet całkiem pośmiać, gdy założy się, że Superman jest w tym filmie alegorią Jezusa (oczywiście cała teoria bierze w łeb, gdy zaczynamy się zastanawiać co symbolizuje Batman). Tak wiele jest tu bowiem scen tak dosłownych, które to sugerują (dla przykładu nazywanie Supermana fałszywym bogiem, lud, który go nienawidzi i pragnie jego śmierci czy, rzecz jasna, finał), że czasami zastanawiałem się, czy faktycznie nie o to chodziło twórcom, ale jeżeli tak, to ten film jest jeszcze bardziej idiotyczny niż myślałem na początku. 

Aktorsko też nie jest niestety najlepiej. Dostajemy tu na pozór całkiem niezłych aktorów, więc nie mam pojęcia co stało za tak wielką kompromitacją. Najchętniej zrzuciłbym winę na scenariusz, bo może nie do Afflecka, ale do Cavilla moje serce zawsze bije mocno (przypominam, że dalej jest on moim typem do roli nowego Bonda). Tak więc… nie jest najlepiej no. Zacznimy od Afflecka, który dobrym aktorem jak wiemy specjalnie nie jest. Jego rola w tym filmie ogranicza się do bycia napakowanym tajemniczym typem, w związku z czym oglądamy te 2,5 godziny wielkiej krowy, która w stalowej zbroi jest jeszcze większa, i zastanawiamy się o co właściwie chodzi, dlaczego Batman nie jest takim fajnym Batmanem jak zawsze, a jedynie jakimś cieniasem w czarnym kostiumie (bo niestety, tak jak przewidywałem, Batman to znacznie bardziej frajerska postać niż Superman, więc cała jego siła to tak naprawdę rozmaite bronie, którymi próbuje coś komuś zrobić). Nie lepiej jest niestety z Cavillem, który jedyne co tu gra, to mina poważno-smutego Supermana. Tak więc patrzymy jak napompowany tak, że ledwo jest w stanie usiąść, chodzi z miejsca na miejsce z tą swoją jedną miną, od czasu do czasu (Z TĄ SAMĄ MINĄ) ratując jakąś przypadkową Amy Adams. Przypadkową, bo grana przez nią postać nie różni się niczym od postaci z worka podpisanego „DZIEWCZYNY SUPERBOHATERÓW”. Jest tak samo denerwująca, tak samo nie myśli i tak samo mili się do swojego faceta ilekroć ten postanawia wybrać ratowanie jej zamiast ratowania Ziemi. Najmniej zawiedziony jestem chyba Lexem Luthorem, w którego wcielił się Jesse Eisenberg, choć także nie odpowiadał mi on do końca. Był to bowiem jedynie Jesse, ten sam Jesse, co w każdym innym filmie, bo to aktor przecież, który przez całe życie gra dokładnie tę samą rolę (i ja tę rolę zwykle lubię, bo w mniejszej intensywności jest mocno Allenowska). Starał się tu jednak nieco eksperymentować, łącząc swoje bycie Jessem z szaloną osobowością chociażby Ledgerowskiego Jokera. I to jest zarzut od fanów pierwowzoru; Eisenbergowy Luthor wcale nie przypomina Luthora z kart komiksu, co mnie osobiście nie denerwuje aż tak bardzo, aczkolwiek rozumiem narzekania. O grze Gal Gadot nawet nie zamierzam się wypowiadać, bo czuję się oszukany przez twórców ponownie. Na wszelkich plakatach Wonder Woman stoi tuż obok Batmana i Supermana sugerując, że będzie integralną częścią opowiadanej tam historii. W praktyce jednak pojawia się jedynie na 15 minut finałowej walki, nie robiąc w niej zresztą nic specjalnego - z nią czy bez niej dwójka herosów poradziłaby sobie w tym samym stopniu, więc nie rozumiem decyzji o ujawnianiu jej już w tej części serii. Mogli przecież zaczekać aż do „Ligi Sprawiedliwości” ujawniając ją wraz z Aquamanem czy Flashem. 

Biorąc pod lupę film od strony technicznej również nie jest ciekawie - tak drogie i chwalone efekty specjalne nie znalazły za bardzo zastosowania tam, gdzie trzeba. Fajnie, że masa pieniędzy poszła na realistyczne niszczenie miasta w początkowej sekwencji, szkoda jedynie, że scena ta nie wpływa w żadnym stopniu na dalszy rozwój fabuły, więc jest przez publikę odbierana jako coś w stylu „Aha, fajnie że macie takie super efekty, popisujcie się dalej”. Sceny rozrób wyczerpały prawdopodobnie znaczą część tego sporego budżetu sprawiając, że postać Doomsdaya wygląda jak połączenie Shreka z przypadkowym potworem ze Śródziemia Jacksona (to bardzo kuriozalne, że ostatnio wszystkie postacie z członem ”Doom” w nazwie są tworzone za pomocą CGI w tak fatalny sposób). I jak ja mam uwierzyć w takiego potworka? Zdjęcia są oczywistym pójściem na łatwiznę - na kadry miasta nocą nałożyli po prostu filtr o nazwie DEPRESJA.JPG, żeby tylko podkreślić, jak bardzo ich widowiskowy film jest poważny. Przykre jest też, że Hans Zimmer zrobił tak złą muzykę do filmu - w scenach z Batmanem ona jeszcze działa, podkreślając klimat i tajemniczość, ale w większości przypadków jest po prostu źle wklejona do poszczególnych scen, a może nawet źle dobrana. Najbardziej boli to prawdopodobnie w scenie, w której Superman stoi z Amy Adams na balkonie i planuje odlecieć. Smutna dramatyczna muzyka wchodzi dopiero w połowie tej sceny, zupełnie z czapy, wyrywając mnie z zalążków klimatu, który wytworzyła sama sekwencja. No niesamowite, tak zepsuć. 

Nie chcę się już rozwodzić na temat tego, jak fatalnie „Świt Sprawiedliwości” został napisany (jeden jedyny żart na cały film był bardziej sztywny niż bicepsy Supermana). Mam nadzieję jak najszybciej zapomnieć o tym, co ujrzałem w kinie kilka dni temu. Trzymam jedynie kciuki, żeby po fatalnym świcie nie nastał szybko zmierzch, taki w klimatach pani Meyer. Mówiąc całkiem serio, oglądając sad Afflecka przed seansem było mi aż przykro, że tak wiele osób poniosło porażkę franczyzy, na którą liczyłem. Teraz jestem zwyczajnie zażenowany ich zachowaniem i próbami bronienia filmu w tak infantylny sposób, jaki to robią. Ludzkość aż taka głupia nie jest, by nazwać białe czarnym. I (mam nadzieję) by nazwać „Batman v Superman” dobrym filmem.

sobota, 27 lutego 2016

Złoty Astronauta - Top 10 najlepszych filmów 2015

Unknown

Z końcem lutego nadchodzi czas podsumowań. Każde zgrupowanie, każdy krytyk czy też zwykły zjadacz popcornu w związku z końcówką roku wystawia swoje nagrody za najlepszy film roku. Stwierdziłem, że nie mogę być gorszy i po raz pierwszy w historii oddam nagrodę (rzecz jasna jedynie w moim umyśle) w ręce twórców obrazu, który najbardziej podobał mi się w tym roku. I właśnie, „podobał”, bo przy doborze filmów do tego rankingu kierowałem się jedynie sercem. Nie bierzcie więc do siebie bardzo tych nagród, bo jedyny czynnik, który na nie wpływa to moja subiektywna opinia. Zaznaczmy też, że w konstruowaniu go brałem jedynie pod uwagę filmy, które swoją polską premierę miały połowie lutego 2015 roku, głównie po to, by uniknąć zamieszczania na listę oskarowych zwycięzców z zeszłego roku. Ah, i jeszcze jedno. W tym rankingu nie będzie pełnych recenzji, a jedynie kilka zdań o każdym filmie, żebyście co nieco się orientowali. Dlaczego? Cóż, nawet teraz te jedynie kilka zdań o każdym filmie zajmuje mi 3,5 kartki A4, więc tworzenie recenzji każdego z nich a) trwałoby wieczność b) byłoby po prostu nieinteresujące i bezsensowne. Niektóre z tych filmów (dwa) doczekały się pełnoprawnej recenzji na blogu i tam właśnie odsyłam wszelkich zainteresowanych obiema produkcjami, jeżeli chcą dowiedzieć się co dokładnie o nich sądzę. Przejdźmy więc do rankingu, ale zanim to się stanie, poproszę o wielkie brawa dla: „Ex Machiny”, „Co robimy w ukryciu”, „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” oraz „Earl, ja i umierająca dziewczyna”, które o włos nie zmieściły się na rankingu, a są pozycjami równie dla mnie ważnymi, a dodatkowo fantastycznymi dziełami, o których niektórzy mogli nie słyszeć. Czas więc przyznać pierwszego w historii Złotego Astronautę!

10. Pokój


Wyobraźcie sobie, że od dziecka żyjecie w kilkumetrowym pokoju zupełnie z niego nie wychodząc. Urodziliście się w nim, przeżyliście wszystkie ważne chwile i, co najważniejsze, pokój ten jest dla was całym światem. Nie wiecie o istnieniu czegokolwiek poza nim. Niesamowita wizja, nieprawdaż? Cóż, o tym właśnie opowiada „Room” Lenny’ego Abrahamsona i robi to w iście fantastyczny sposób. Mimo całkiem odrealnionego pomysłu, film mówi nam o wielu bardzo przyziemnych sprawach, męczących codziennie każdego z nas. Dodatkowo na ekranie mamy przyjemność podziwiania nominowanej do Oskara Brie Larson i niestety nienominowanego Jacoba Tremblaya, który jest prawdopodobnie najlepszym dziecięcym aktorem jakiego kiedykolwiek widziałem. Serio, ten duet aktorski to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w tym roku. Dawno nie widziałem tak prawdziwej i naturalnej pary aktorów, którzy tak rewelacyjnie dopełnialiby się nawzajem. Iście psychologiczna i emocjonalna podróż w dywanie. Czym prędzej sprawdźcie. 


9. W głowie się nie mieści


Nie od dziś wiadomo, że Pixar robi (obok studia Ghibli) najmądrzejsze animacje na świcie. „Inside Out” jest jednak ich najbardziej niesamowitym dziełem od lat, podnoszącym poprzeczkę tak wysoko, jak jeszcze nigdy nikomu się nie udało. Pozwala nam on bowiem wejść do wnętrza głowy nastoletniej Riley, w której to pięć emocji kieruje całym jej życiem i odpowiada za wszystkie czynniki jej funkcjonowania. W opowieść wchodzimy podczas przeprowadzki Riley - zmiana otoczenia jest dla niej, a więc także dla jej emocji, zupełnie nową sytuacją, z którą nie wie, jak sobie poradzić. Na skutek różnych zawiłości, zwykle dominująca w jej głowie Radość oraz Smutek znikają z centrali dowodzenia. Od tego momentu fabuła jest trzyczęściowa: obserwujemy próby powrotu dwóch emocji do centrali, skołowane i niepotrafiące ze sobą współpracować trzy pozostałe emocje, kierujące działaniami Riley, oraz samą Riley, która przez ubytek radości i smutku nie jest w stanie funkcjonować normalnie. Mimo prostej fabuły jest to naprawdę poruszająca historia i jednocześnie próba wyjaśnienia dzieciakom, jak działa ich mózg w łatwy do przyswojenia sposób. Pomijając to, jest także pięknie zaanimowanym i wybitnie napisanym filmem z prostym, lecz dającym do myślenia morałem, jak to zawsze u Pixara. 

8. Pentameron


Jestem niesamowitym fanem kina włoskiego - mówiąc to mam na myśli i to starsze z Fellinim na czele, a także to nowsze z Sorrentino. Nic więc dziwnego, że wybrałem się na „Pentameron”, czyli tegoroczny film Matteo Garrone, twórcy słynnej „Gomory”. Tym razem włoski twórca zabiera się za coś, co zupełnie odbiega od jego wcześniejszego dorobku - serwuje nam bowiem trzy przeplatające się ze sobą baśniowe historie. Robi to w fantastyczny, tradycyjny sposób, przywodzący na myśl oryginalne dzieła braci Grimm. „Pentameron” jest powiewem świeżości w zwietrzałym już kinie fantasy, mającym głównie do zaproponowania nowe pozycje ze stajni Disneya. To piękna, ale zarazem bardzo brutalna baśń, pełna niesamowitych i magicznych elementów, służących jedynie jako metafora czegoś znacznie większego. Możemy tu doświadczyć masy nawiązań, które z ekranu będą wylewały się wraz z pięknymi, robiącymi ogromne wrażenie kadrami. W dodatku to pierwszy film Garrone produkowany w stanach, możemy się więc spodziewać fantastycznego aktorstwa w wykonaniu chociażby Salmy Hayek. Niesamowicie piękne ujęcie średniowiecznej baśni. Brawa. 

7. Kingsman: Tajne służby


Powiedzmy na wstępie - od Kingsmana nie oczekiwałem absolutnie niczego. Poszedłem na ten film głównie dlatego, bo miałem masę wolnego czasu i nie za wiele do roboty. Było to jednocześnie moje pierwsze zderzenie z Matthewem Vaughnem, więc nie miałem pojęcia, czego mam się spodziewać. Dostałem jednak najlepszy film szpiegowski od lat. I to nie żart. Adaptacja kontrowersyjnego komiksu o tym samym tytule, góruje znacząco nad najnowszymi Bondami i filmami z cyklu Mission Impossible, głównie dzięki swojej lekkości i niesamowicie zabawnym żartom - jest to przecież powrót do korzeni kina szpiegowskiego, gdzie nikt nie próbował udawać, że to, co się dzieje na ekranie jest realistyczne i prawdziwe. To naprawdę niesamowite kino akcji pełne abstrakcyjnych gadżetów czy masy trafionego nieoczywistego humoru, który czasem może zaboleć. Absurdalna fabuła, niesamowicie nakręcone sceny walki (wystarczy zobaczyć chociaż scenę w kościele), czy fantastyczny Colin Firth, który mimo bycia angielskim gentelmanem, jak nakazuje jego emploi, jest jednocześnie niesamowicie sprawnym agentem, sprawiają, że „Kingsman” w tym roku ląduje na miejscu siódmym. O Boże, zabrzmiałem chyba jak prowadzący z listy przebojów Eski.

6. Zjawa


Starałem się robić wszystko, by uniknąć pakowania tu zeszłorocznego fenomenalnego zresztą „Birdmana” od Inarritu… Nie przewidziałem jednak, że rok później ten meksykański reżyser nakręci kolejny wielki film, który kolejny raz rozkocha w sobie jury Akademii. Mowa rzecz jasna o „Zjawie”. Jego nowy film jest tak naprawdę kinem zemsty osadzonym w XIX wieku w zimnych stanach Ameryki. Na ekranie możemy doświadczyć fantastycznego Leonarda Di Caprio, który prawdopodobnie w tym roku wreszcie dostanie Oskara. Jest faktycznie bardzo dobry, a poświęcenie dla roli widać tu w każdej scenie (najbardziej prawdopodobnie w tej, gdzie zjada surową wątrobę bawoła). Poza nim w filmie widzimy masę innych rewelacyjnych kreacji, za które odpowiadają Tom Hardy, Will Poulter czy Domhall Gleeson, jednak to nie oni są tu główną zaletą. Niewątpliwie najbardziej w „Zjawie” zachwycają zdjęcia Lubezkiego, który drugi rok z rzędu pracuje u boku Inarritu i drugi rok z rzędu robi niesamowitą robotę. Piękne górskie zimowe kadry są tu czymś, co można chłonąć nawet dłużej niż te prawie trzy godziny filmu i właśnie dla nich warto na „Zjawę” pójść do kina. Najlepiej z dużym ekranem. 

5. Mad Max: Na drodze gniewu


Zaraz po seansie byłem niesamowicie zaskoczony, co zrobił ze mną ten film. Dzięki zastosowaniu efektów kaskaderskich i odejściu w znacznej mierze od tych komputerowych, Millerowi udało się stworzyć tak fantastyczne kino, że nie mogłem wyjść z podziwu. Każdy kolejny film z efektami komputerowymi wydawał mi się zbyt sztuczny, natomiast każdy kolejny, który używał efektów naturalny wydawał mi się marną imitacją i zżynką z Millera. Scenariusz „Mad Maxa” nie ma wiele do zaoferowania: nie ma tu nagłych zwrotów akcji, fabuła opiera się na jechaniu w jedną stronę przez pustynię, by potem zawrócić, a główny bohater praktycznie nic nie mówi. Dostarcza nam on jednak masę dobrej zabawy spowodowanej widokiem rozwalających się aut, czy podziwianiu Charlize Theron w roli jednej z najciekawszych postaci kobiecych ostatnich lat. Furiosa jest jednocześnie niesamowicie głęboką kobietą i feministycznym ideałem wielu jednostek (w tym mnie). Nie ma co ukrywać - Miller kupił mnie w tym roku i byłbym zachwycony ze zgarnięcia przezeń wszystkich statuetek w kategoriach technicznych. I w tej reżyserskiej, co jak wiadomo się nie stanie, ale warto mieć marzenia. 

4. Głosy


Czy ktokolwiek słyszał o tym filmie? Cóż, ja też nie, zanim kilka tygodni temu nie dorwałem go w jednym z serwisów VOD. Skłoniło mnie do tego przede wszystkim nazwisko Ryana Reynoldsa (tak, to gość od Deadpoola), ale też Marjane Satrapi, irańskiej reżyserki znanej szerszej publiczności prawdopodobnie z „Persepolis”, będącego adaptacją komiksu, który z kolei jest adaptacją jej przeżyć związanych z Iranem. Historia „Głosów” traktuje o cierpiącym na schizofrenię pracowniku fabryki, który ma osobliwą przypadłość rozmawiania ze swoimi zwierzętami. Pewnego dnia decyduje się zabić swoją znajomą, jej ciało pokroić, umieścić w pudełkach, a głowę trzymać w lodówce i rozmawiać z nią w trudnych chwilach. Absurdalna fabuła jest tu jedynie pretekstem do jednego z najlepszych portretów psychopaty w świecie kina kiedykolwiek. Masa humoru często zamienia się w gorycz, a nasz śmiech zawsze jest nieco nerwowy, bo dobrze wiemy, że nie powinno nas bawić to, co widzimy na ekranie. Fantastyczny Reynolds, fantastyczny scenariusz - zobaczcie.

3. Młodość


Po tak wielkim arcydziele, jakim było „Wielkie Piękno” Sorrentino serwuje nam coś bardziej przystępnego, lecz nie mniej egzystencjalnego - mamy tu bowiem historię dwójki podstarzałych artystów, którzy spotykają się w hotelu w górach, by przedstawić nam ich niesamowicie różny pogląd na życie, śmierć, starość, czy wiele innych. Nie zamierzam się tu wiele rozwodzić, bo pełną recenzję młodości możecie znaleźć na blogu, kilka postów wcześniej. Powiem jedynie, że podobnie jak „Wielkie Piękno”, „Młodość” jest niesamowicie inteligentnym i dojrzałym portretem tego, co męczy każdego z nas, z równie pięknymi zdjęciami i świetnym soundtrackiem.

2. Carol


Nie inaczej jest z „Carol”, której recenzję też możecie znaleźć na blogu, do czego zachęcam, bo rozwodził się tu drugi raz za bardzo nie będę. Jest to historia homoseksualnego związku dwóch kobiet w latach 50-tych XX-ego wieku. Świetna muzyka, ładne zdjęcia przenoszące nas w XX wiek, masa emocji, niezrozumienie, niedopowiedzenie, smutek, radość oraz Rooney Mara w czapce św. Mikołaja - to wszystko znajdziecie w „Carol”. I spróbujcie się tu nie zakochać.

1. Sól Ziemi


Jestem tak samo zaskoczony jak wy. Serio, tworząc tę listę sam nie wiedziałem, który film znajdzie się na miejscu pierwszym. Okazało się, że jest to najnowszy dokument mojego ulubionego reżysera, twórca moich ukochanych filmów jak chociażby „Paryż, Teksas”, Wima Wendersa. Przy pomocy Juliano Salgado stworzył tak naprawdę dwugodzinny pokaz slajdów zdjęć, które wykonywał ojciec tego drugiego. A są to zdjęcia iście niesamowite, przed seansem radziłbym przygotować się na spory szok, bo są to rzeczy wyciągające z pewnej sfery komfortu. Widzimy tam na przykład martwe dzieci z otwartymi oczami, bo z zamkniętymi nie trafiłyby do nieba, ludzkie ciała na ulicach Sarajewa, wygłodzone afrykańskie dzieci umierające na pustyni z wycieńczenia. Obok nich, prawdopodobnie aby nas nie zdołować do końca, reżyser pokazuje nam jednak obrazy zawierające uśmiechające się foki czy tańczących niskich Indian z Amazonii. Wszystkie piękne, wszystkie czarno-białe i wszystkie opatrzone komentarzem fotografa; celnymi uwagami i zapisem wspomnień z wielu podróży, które odbywał, by te zdjęcia robić. Jak dla mnie najbardziej poruszający film roku i prawdopodobnie najlepszy film dokumentarny, jaki w życiu widziałem. No i rzecz jasna szczęśliwy zdobywca Złotego Astronauty za seozn filmowy 2015-2016. 



niedziela, 14 lutego 2016

"Carol" reż. Todd Haynes

Unknown

„EJ MACIEK, TY STARY MALKONTENCIE, WEŹ TY OCEŃ W KOŃCU JAKIŚ FILM POZYTYWNIE, A NIE CAŁY CZAS NARZEKASZ” - te słowa pewnie cisną się na usta każdego z was, drodzy czytelnicy. Prawdopodobnie zwłaszcza w sezonie oskarowym, bo to właśnie teraz każdy twierdzi, że złotego ludzika powinien dostać inny film i mógłby zabić za jakąkolwiek krytykę dla swojego ukochanego filmu. I tak, nie będę ukrywał, że w kinie nie łatwo jest mnie zachwycić czy złapać za serce, a momenty większego zaangażowania dla historii i problemów bohaterów nie zdarzają mi się ostatnio często, ale hej. Udało się. Widziałem to wczoraj. Niezwykłe doświadczenie. Panie i panowie - „Carol”.

Zacznijmy może od tego, że na film czekałem dosyć długo - głównie przez Rooney Marę w obsadzie (już wyjaśniam - jeżeli chodzi o aktorów i aktorki, jest trójka, których niemiłosiernie uwielbiam - Rooney Mara, Anne Hathaway i Bill Murray. Nie wiem dlaczego akurat ta trójka, w każdym razie po prostu samo patrzenie na nich sprawia, że jest mi ciepło na serduszku). Sam punkt wyjściowy jest zresztą intrygujący - dostajemy tu historię homoseksualnego związku przykładnej matki rodziny z młodą sprzedawczynią ze sklepu z lalkami, w połowie lat 50-tych. Mimo tego jednak nie nastawiałem się specjalnie na film - jasne, chciałem, żeby był dobry i jasne, kupiłem te bilety na przedpremierę, ale jedyne czego oczekiwałem, to po prostu poprawny film obyczajowy. Jak bardzo byłem zaskoczony, gdy z seansu wychodziłem w stanie, w jakim dawno nie znalazłem się po obejrzeniu ”romansidła”.

”Romansidła”, bo film też z typowym romansem nie ma wiele wspólnego. Cała namiętna relacja między Marą a Blanchett jest wygrana na malutkich scenach, gdzie obie panie czasem ”przypadkowo” muskają się dłońmi czy prowadzą dwuznaczne dialogi. I to chyba w „Carol” jest najpiękniejsze - jego prostota w obrazowaniu miłości, ujęcie związku jako pewnego procesu, a nie pierwszego pocałunku po pięciu minutach filmu i krzyczeniu „JESTEŚMY RAZEM, SŁUCHAJCIE!!!”. Nie, jakiekolwiek przełamanie w relacji następuje tak naprawdę sporo za połową seansu, do tej pory czerpiemy ogromną przyjemność z ich kontaktu, którego sami nie jesteśmy w stanie zdefiniować, co więcej - obie bohaterki też nie są w stanie. 

Właśnie, bohaterki, bo przecież bez nich nie kochałbym tak bardzo tego filmu - mowa tu rzecz jasna o Rooney Marze i Cate Blanchett. Patrząc na nie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszego castingu do tych ról. Z jednej strony mamy wyśmienitą jak zwykle Cate, grającą naprawdę fenomenalnie pociągłą i stonowaną kobietę, przykładną matkę, a jednocześnie rozdartą emocjonalnie lesbijkę, bo co tu dużo mówić, ciężar jej położenia przygniata nas wszystkich na sali. Z drugiej jednak jest Rooney Mara i… po tym filmie stwierdziłem, że nigdy w życiu nie widziałem tak uroczej kobiety. Naprawdę, może i aktorsko nie dorównywała starszej koleżance (co chyba jest też winą scenariusza, jej postać najzwyczajniej w świecie była nieco mniej tragiczna w tej historii), ale nadrabiała wszystko wdziękiem, zakochiwałem się w jej prozaicznych ruchach i gestach, zatracałem w głębi oczu… okej, zakończmy te miłosne zachwyty, bo pisałbym o niej do rana. W każdym świetnym rozwiązaniem byłyby dwa Oskary, marzę o jednym, a nie dostanę najprawdopodobniej żadnego. Oj, Akademio.

Niemniej dobry okazał się sam skrypt, na bazie którego aktorki zbudowały swoje postacie. Niepewna siebie i swoich uczuć Mara i doświadczona Blanchett zostały napisane naprawdę dobrze, nie ma tu co prawda wielu ostrych jak cięcie nożem wymian zdań, a całe piękno relacji jest budowane raczej na niedopowiedzeniach, ale w filmie jest masa fantastycznych scen. No i nie zapominajmy o świetnej fabularnej klamrze i drastycznej przemianie bohaterek, co tak dobrze widać w jednej z ostatnich scen w restauracji (zresztą scenie, która jest także pierwszą). 

Nieco mniej zachwycił mnie drugi plan, ale po prostu biorę to jako wizję reżysera. Prawie wszystkie postacie mijane przez nasz duet są absolutnie nijakie i bezpłciowe, ale chyba zamysłem było stworzenie tła, który jest właśnie tłem służącym do mijania. Jakkolwiek to głupio brzmi, mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Z tych wszystkich postaci wybija się co prawda Sarah Paulson, grająca ciotkę Abby, ale też nie jestem w stanie ocenić jej gry, bo postać na samym ekranie jest tylko przez kilka scen, mimo tego jak istotna jest dla samej Carol. 

Ze spraw bardziej technicznych - byłem zachwycony scenografią. Piękne stroje z epoki czy wystawy sklepowe tak bardzo przeniosły mnie w tamten świat, że po seansie zapragnąłem kupić sobie to zabawne nakrycie głowy z pomponem, które Mara nosiła na okrągło czy też stary aparat, którym mógłbym robić tak cudne zdjęcia. Mam też dziwne wrażenie, (a widać to chyba najlepiej na napisach początkowych) że film był kręcony w jakiś inny sposób, może to kwestia ustawienia kamery, może samej kamery, a może po prostu filtrów, w każdym razie czułem się, jakbym faktycznie oglądał film z epoki, nieopowiadający o dawnych czasach, a po prostu w dawnych czasach nakręcony. Jak mówię, taka obserwacja, zwłaszcza na początku, dała mi niesamowicie wiele frajdy i pozytywnie nastawiła na film. Nie zapominajmy też o muzyce, oj tak, muzyka była fantastycznie napisana, sprawiała jedynie, że jeszcze bardziej rozpływałem się w każdym czerwono-zielonym kadrze, że jeszcze bardziej podobał mi się ten romans, że Mara była jeszcze bardziej urocza w czapce mikołaja.

I ja wiem, że „Carol” może się wielu nie podobać przez powolne tempo rozwoju bohaterek (bo nie ukrywajmy, w tym filmie, jak w „Zjawie”, za wiele się nie dzieje), albo przez temat, który sobie obiera, a nawet przez zbyt hollywoodzkie zakończenie i ja to całkiem szanuję. Niemniej jednak nie było w tym roku filmu, w którym zakochałbym się tak bardzo, jak w „Carol” właśnie. I nie było w tym roku filmu, w którym Rooney Mara wyglądała aż tak uroczo. I może właśnie dlatego warto jest biec go zobaczyć, jak już za miesiąc dostanie się do polskich kin. 


P.S. Scena łóżkowa też jest całkiem okej.


Maciej Roch Satora. Obsługiwane przez usługę Blogger.