Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nsf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nsf. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2016

Poetycka psia anatomia - recenzja filmu "Serce psa" Laurie Anderson

Unknown

O nowym filmie Laurie Anderson słyszałem przed premierą naprawdę wiele i wszystkie głosy były raczej pozytywne; nagroda specjalna na festiwalu w Wenecji czy osobista rekomendacja Romana Gutka (gospodarza i fundatora festiwalu Nowe Horyzonty) jedynie potwierdzają wcześniejsze słowa moich znajomych. I jeszcze zanim zacznę ględzić o filmie powiem, że zdecydowanie warto iść i dać te 15 złotych za bilet, bo obraz to naprawdę cudowny, a w dniu premiery na sali oprócz mnie był tylko jeden starszy mężczyzna (co można tłumaczyć zbieżnością daty premiery z „Ostatnią rodziną”).  Ale czym tak właściwie jest „Serce Psa”?

Laurie Anderson znana ze swoich undergroundowych czy wręcz arthouse’owych ciągutek ukazuje nam tu historię bardzo osobistą, a tak naprawdę zapis kilku różnych historii przedstawionych bardzo chaotycznie, całkowicie wyzbytych chronologii czy w ogóle poczucia czasu. Przybliża nam kilka tematów, które wydarzyły się w przeszłości, ale z uwagi na swoją wagę rzutowały na całe późniejsze życie artystki. I nie są to wcale zdarzenia łatwe; wręcz przeciwnie, większość z nich jest na tyle przepełniona bólem i żalem, że zupełnie zacierają pamięć o zdarzeniach bardziej przyjemnych, które reżyserka również przybliża nam w filmie. Seans nie jest jednak wcale bezmyślnym przeglądaniem cudzego pamiętnika; opisywane zdarzenia często są jedynie pretekstem do refleksji, a każda bolesna historia pozostawia furtkę możliwości odniesienia tego do własnego życia. Bo pomimo tego że tak osobiste, historie opowiadane przez Anderson są w pewnym względzie uniwersalne, mówią nam wiele o stracie, strachu czy miłości. I mimo że reżyserka  w swoich rozmyśleniach często zapożycza myśli od filozofów, poetów czy duchownych (motyw buddyjski mocno obecny w życiu Anderson), to jednak kontrastując je ze wstawkami przedstawiającymi jej zmarłego psa grającego na keybordzie tworzy obraz bez najmniejszego cienia pretensji.

Formalnie, tak jak i treściowo jest bardzo różnorodnie; Laurie zdecydowała się na użycie kilku różnych narracyjnych języków, zmieniających się nie tylko podczas przechodzenia do innego tematu, ale także w obrębie tych samych historii. Zobaczymy więc tutaj: archiwalne filmy nagrane przez reżyserkę, ujęcia z miejskich kamer, ciemne impresyjne obrazy malowane pastelami czy też po prostu słowa napisane białą czcionką, pojawiające się i znikające z ciągłą nieregularnością. A wszystko to w akompaniamencie aksamitnego głosu Laurie, ale i muzyki, którą sama na potrzeby filmu stworzyła. 

I mimo, że podczas seansu ciągle bombardowany czasem szokującymi, czasem wzruszającymi, a czasem po prostu zwyczajnymi historiami wciąż chciałem wiedzieć więcej, to z seansu wyszedłem jednak z niezręczną ciszą w głowie, czując się jakbym zza parawanu podglądał czyjeś życie. Ale potem, zaraz za rogiem kinowego barku, naszła mnie myśl, że może Laurie zdaje sobie sprawę z mojej obecności za kawałkiem rozciągniętego materiału i w związku chce mówić o tym życiu właśnie mnie…

niedziela, 19 czerwca 2016

"Wszyscy potrzebujemy jajek", czyli kilka słów na temat mojego ulubionego filmu w historii kina. Spokojnie, to nie recenzja, a jedynie dwa zdania rozważań, które napisałem bo kazano mi zrobić wprowadzenie do filmu.

Unknown

„Allena kocha się albo nienawidzi” - zwrot ten tak często słyszany wiele ma z prawdy. I choć ostatnio coraz częściej „kochać albo nienawidzić” używa się w kontekście każdego twórcy czy dzieła, o tyle do Allena faktycznie to pasuje - jego styl jest tak oryginalny, a filmy przepełnione autorską wizją do tego stopnia, że od widza zależy czy tą wizję kupi, czy też nie. 

Allenowi tworzenie komedii było pisane - od dziecka miał poczucie humoru i pisał dowcipy do kolorowych pisemek. Gdy dorósł zaczął występować w klubach jako stand-uper, aż wpadł na pomysł, żeby swoje żarty zacząć przedstawiać na kinowym ekranie. Jego pierwsze filmy są niesamowicie komediowe, a humor, mimo że inteligentny, jest ich jedyną wartością. Początkowo właśnie na tym w swoich filmach skupiał się Allen: W „Bierz forsę i w nogi” parodiował kino kryminalne, w Śpiochu stworzył całkiem udaną zgrywę z kina sci-fi, które było wtedy u szczytu popularności. We „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać” Allen zaserwował nam po prostu kilka dłuższych gagów związanych z seksualnością, natomiast w Miłości i Śmierci sprawnie parodiował prozę Dostojewskiego. Annie Hall jednak zdaje się zupełnie odstawać od dotychczasowych dzieł amerykańskiego reżysera. Nagrodzona czterema Oskarami komedia (w tym tymi najważniejszymi, za najlepszy film, reżyserię oraz scenariusz) to opus magnum twórczości Woody’ego Allena. I jeżeli to prawda, że Allen całe życie kręci jeden film, to to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką zrobić potrafi. Zaznajomionych z twórczością Woody’ego nie zdziwi główna oś fabularna: neurotyczny nowojorczyk w mieście, które nigdy nie śpi stara się odnaleźć miłość. Prosta fabuła staje się jedynie pretekstem do snucia rozważań na temat sensu życia, związków, śmierci czy społecznego przystosowania. Allen nie byłby jednak sobą, gdyby oprócz egzystencjalnych rozważań nie pozwolił sobie na trochę ponaśmiewania się ze społeczeństwa. A obrywa się wszystkim po równo: showbiznesowi, żydom czy nowojorskim intelektualistom. 

Allen zastosował tu dosyć ciekawy i nowatorski jak na tamte czasy manewr. Jego film zdaje się być tak naprawdę zapisem wspomnień głównego bohatera ze związku z tytułową Annie. I tak jak w rzeczywistości wspomnienia nawiedzają nas w zupełnie przypadkowych momentach, przypomnieć o bliskiej osobie jest nam w stanie jej ulubiona piosenka czy zapach jej perfum, tak i w filmie Allena historia została opowiedziana z całkowitym zaburzeniem zasad opowiadania jako takiego; po scenie pierwszego spotkania może następować moment rozstania, a po kłótniach często trafiamy na czułość. To zresztą nie jedyna nowatorskość, na jaką stać Allena, bo film przeładowany jest pomysłami realizacyjnymi, których nikt w kinie komercyjnym dotąd nie stosował: łamanie czwartej ściany, dzielone kadry czy animowane, albo paradokumentalne wstawki.

Sam film nosi też masę znamion autobiograficznych i choć Allen zapiera się, że główny bohater nie ma nic wspólnego z nim samym, trudno mu uwierzyć. I nikogo nie zdziwiłoby, gdyby Woody faktycznie przeniósł na ekran swój związek z Diane. Co ciekawe, tytułowa Annie Hall swoje nazwisko zawdzięcza właśnie Diane Keaton - jej prawdziwe nazwisko to Hall, a przyjaciele często zwracali się do niej Annie. I nawet jeśli Allen nie kłamie odcinając się od Alvy'ego Singera, to niewątpliwie wykreował tu najbardziej dopracowaną główną postać swoich filmów, która na przestrzeni lat nie zmieniła się prawie wcale - introwertycznego, neurotycznego i poszukującego miłości nowojorczyka. 

Nie chcę brzmieć jak zgorzkniały starzec, którym nie jestem, ale seans Annie Hall pokazuje, jak bardzo w ostatnich latach komedia romantyczna zeszła na psy. W porównaniu do dzieła Allena większość współczesnych filmów z tego gatunku jest zasadniczo płytką, prościutką historią miłosną dwójki ludzi przyprawioną szczyptą wulgarnego humoru. I może stąd właśnie bierze się moja fascynacja tym twórcą. Mimo, że tworzy on coś bardzo podobnego do popularnych hollywoodzkich produkcji, robi to dużo lepiej i nadaje temu swój własny, nigdzie indziej niespotykany klimat. Cytując krytyków: jeżeli mielibyście zobaczyć w życiu tylko jeden film Allena, to właśnie powinien być ten. 

niedziela, 5 czerwca 2016

Czy aby na pewno #WSZYSTKOGRA? - recenzja filmu Agnieszki Glińskiej

Unknown

Zaraz po zakończeniu festiwalu Off Camera w Krakowie postanowiłem, że zbyt wiele widziałem w ostatnim czasie ambitnego kina. Że mam ochotę, że prawdopodobnie będę odczuwał przyjemność, jeśli z premedytacją pójdę na coś złego. Przejrzałem szybko repertuar pobliskiego multipleksu, a ponieważ wcześniej już odhaczyłem „Młodego Mesjasza” (który z plakatów kłamie, że powinien go zobaczyć każdy wierzący, bo moim skromnym zdaniem powinien zobaczyć go każdy ze sporym dystansem do swojej wiary - tyle idiotyzmu dawno nie widziałem w filmie nawiązującym do religijności, a przecież jestem po takich perełkach jak „Bóg nie umarł”) na liście pozostało jedynie #WSZYSTKOGRA - polski musical z doborową obsadą, który wykorzystuje stare (ale też i te nowsze) narodowe przeboje podczas rozwoju fabuły. Pomyślałem „okej, pośmieję się chwilę, bo pewnie dobrze nie wyjdzie”. Nie spodziewałem się jednak, że polska komercja może być aż tak potworna.

Trochę boli mnie fakt, że pieniądze polskich podatników PISF przeznacza na tego typu filmy - Polska naprawdę jest w stanie tworzyć dobre kino, więc takie #WSZYSTKOGRA, które jest w rzeczywistości prościutką historyjką, w którą ktoś wplótł znane piosenki żeby ludzie się cieszyli, wcale ich nie potrzebuje. Trudno mi nawet powiedzieć o czym jest nowy film pani Glińskiej. No bo mamy tu trzy kobiety w jakimś domu, który niby nie należy do nich, ale mieszkają w nim i bardzo oburzone są, że ktoś zamierza je stamtąd eksmitować. Są nimi kolejno: Eliza Rycembel, która jest taką bardzo antysystemową dziewuchą że aż maluje grafiti na murach i z jednej strony ma jechać na jakieś ważne stypendium za granicę, a z drugiej nie jest pewna czy to zrobić. Dalej Kinga Preis, która po całkiem udanym występie w „Córkach Dancingu” najwyraźniej stwierdziła, że musical jest jej konikiem. I fajnie, tylko nie jestem pewien co ona tu robi, bo z plakatów wynika, że to jedna z głównych bohaterek, kiedy Kinga zwyczajnie łazi z miejsca na miejsce, pojawia się w jakichś losowych momentach filmu i krzyczy „Umyjcie te naczynia szarlatany jedne!”. Poza tym wchodzi w najdziwniejszy romans w historii polskiego kina, ale o tym za moment. No i jest babcia, Stanisława Celińska, która z całego tego towarzystwa wychodzi chyba najbardziej prawdziwie, jesteśmy w stanie uwierzyć w jej problemy i przywiązanie do domu, którego nie chce oddać. Co z tego jednak, jeśli reżyserka woli skupić się na tym jaka śmieszna z niej babcia i wrzucać ją w super zabawnych scenkach. Na całe szczęście w środku filmu znajduje się jeden utwór ze wspomnieniami z młodości Celińskiej, co bardzo doceniam, bo scena jest naprawdę udana. 

Myślę, że głównym problemem tego filmu jest obrana musicalowa konwencja. Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć tego posunięcia twórców, bo utwory muzyczne, już pomijając fakt że nie najlepiej zaśpiewane, zupełnie nie pasują do fabuły. Pojawia się dla przykładu scena, w której główna bohaterka wieziona radiowozem śpiewa „ale w koło jest wesoło” na dwa głosy wraz z piłkarzem, który dopiero co odbył nieprzyjemną rozmowę z trenerem. Oprócz tego są okropnie zainscenizowane, zatrudniono tu tancerzy, którzy w tle do śpiewających bohaterów machają rękami i nogami na wszystkie strony bez opamiętania, zupełnie nierytmicznie. Zresztą pal licho rytm, ten taniec jako element tła jest zupełnie zbędny - nie oddaje emocji, ani nie wpływa w żaden sposób na klimat filmu. Nie lepiej jest jednak wcale z animowanymi sekwencjami, które pojawiają się podczas „Metamorfoz” - na ekranie oglądamy cały czas topornie zaanimowane graffiti chodzące po mieście. I tyle. Nie jestem w stanie w ogóle zrozumieć.

Kolejną przywarą są rzecz jasna bohaterowie, bo wcześniej wymienieni nie są w filmie jedyni. Zasadniczo można by wyciąć wszystkie męskie postaci, a film wcale nie straciłby wiele. Bo tak, każda z kobiet (a jakże!) ma swojego mężczyznę. Rycembel towarzyszy jakiś chłopak, który jedyne co robi to denerwuje widza mówiąc głównej bohaterce co jakiś czas: „ale ty jesteś świetna”. Za babcią chodzi wszędzie podchmielony pan Tadzio, który śpi, je i naprawia dach. Jest jeszcze Antoni Pawlicki, który w filmie pojawia się w przypadkowych miejscach i patrzy na wszystkich lodowatym wzrokiem. Ah, i jeszcze Paweł Wawrzecki, aktor ze sporym potencjałem komediowym, znanym przede wszystkim z serialu „Daleko od noszy”, który w filmie ma tylko jedną linijkę: „Dzień dobry”. Serio, zatrudniono tu komika, aktora całkiem zabawnego, żeby przewijał się od czasu do czasu siedząc na ławce w parku i raz powiedział „Dzień dobry”.

Dużo ciekawiej jest jednak z piłkarzem-chłopakiem Kingi Preis, czyli Sebastianem Fabijańskim. Pozwólcie, że zrecenzuję wam rozwój ich romansu. Pierwsza wspólna dla nich scena to impreza charytatywna, na której Kinga Preis mówi do niego: „myślisz że jesteś super?” a Sebastian Fabijański odpowiada: „Znam takie jak ty wiecznie niezadowolone z niczego kobiety”. Druga wspólna scena rozgrywa się w domu rodzinnym kobiet - porwany piłkarz schodzi po schodach, wychodzi z mieszkania i wita się z Kingą obcinającą żywopłot, po czym odchodzi. I wtem następuje trzecia scena, w której śpiewająca piosenkę Kinga idzie przez miasto i śpiewający piosenkę Sebastian też idzie przez miasto, aż spotykają się i zaczynają się całować. Przyrzekam, przedstawiłem w tej chwili rzetelną relację rozwoju miłości. Ja nie mam pojęcia kto na to wpadł, ale jak na podstawie trzech scen po 10 sekund jest się w stanie zbudować jakąkolwiek relacje między głównymi postaciami.

Dla ukazania tym z was, którzy nie widzieli tego filmu i nadal nie wierzą mi w jego infantylność, przytoczę teraz losową sekwencję ze środka filmu. Córka jest tak bardzo nonkonformistyczna, że po raz kolejny maluje rysunki na murach. Zauważa to piłkarz, który chyba dzwoni po policję (możemy się tylko domyślać, bo widzimy go trzymającego telefon przy uchu na balkonie swojego mieszkania) i ta policja przyjeżdża zabierając dziewczyny. Te wychodzą z więzienia i porywają pijanego w trupa piłkarza w ramach kary (?) za to, że zadzwonił. Potem zostawiają go w domu i dzwonią, żeby zażądać okupu, co wychodzi im tak beznadziejnie, że osoba, do której dzwonią, każe im nie robić sobie żartów. W tym momencie piłkarz wychodzi z domu, w którym był więziony i gdzieś sobie idzie. Do dziewczyn pod budką telefoniczną przychodzi Antoni Pawlicki, którego żadna z nich nie widziała nigdy wcześniej i mówi im, że ich więzień uciekł. Kurtyna. 


Wszystkie wspomniane wyżej mankamenty, a dodatkowo nieciekawie zaaranżowane piosenki, najdziwniejsza retrospektywa jaką dane mi było zobaczyć, w której dziadek Pawlickiego i prababka Rycembel grają razem w pokera (reżyser stwierdził, że widz jest idiotą, więc za te role odpowiadają właśnie Pawlicki i Rycembel) czy finał tak głupi i tak bardzo nietłumaczący niczego, tak bardzo niedający rozstrzygnięcia w tym co stało się wcześniej, ten finał, który sprawia, że w zasadzie wszystko co zdarzyło się przedtem jest zupełnie nieistotne. To wszystko powoduje że żałuję, że poszedłem na ten film i nie wyszedłem wcześniej, bo mogłem zrobić w tym czasie znacznie więcej ciekawych spraw jak oglądanie ślimaków przechodzących z jednej strony ulicy na drugą, czy coś. Ja naprawdę wspieram eksperymentowanie w polskim kinie i naprawdę popieram tworzenie polskich musicali. Tylko niech to będą musicale z pomysłem, jak chociażby „Córki Dancingu” Smoczyńskiej, a nie druga „Planeta Singli” z pretekstową fabułką i znanymi wcześniej utworami wrzuconymi w absolutnie losowe miejsca. 

środa, 2 marca 2016

"El Clan" reż. Pablo Trapero

Unknown

Tegorocznym zdobywcą Srebrnego Lwa za reżyserię w Berlinie interesowałem się już od jakiegoś czasu. Z wielu powodów, poza wcześniej wspomnianym lwem, film może się także szczycić zdobyciem prestiżowej Goyi, a na pozycji producenta zasiada chyba najznakomitszy hiszpański reżyser, Pedro Almodovar. Nie zawiódł mnie, w żadnym aspekcie.

„El Clan” traktuje o pewnej rodzinie mafijnej w Argentynie. Akcja filmu przypada na okres reformacji, wątki polityczne, mówiące o ciągłej zmianie władzy z demokratycznej na totalitarną są tu bardzo wyraźnie zaznaczone. Główny bohater, boss mafii Puccio to podstarzały już bezwzględny porywacz, który, jak utrzymuje przez cały film, najbardziej troszczy się o własną rodzinę. Skojarzenia z „Ojcem Chrzestnym” są tu jak najbardziej na miejscu; rzeczywiście klan Puccio, podobnie jak Corleone, specjalizuje się w morderstwach, ale także licznych porwaniach, na których to głównie rodzina się bogaci. Przedstawione są w tak niesamowity sposób, że aż trudno się nadziwić. Ale o tym za moment.

Na czele klanu stoi papa Arquimedes - człowiek, który dla społeczności miasta jest przede wszystkim poczciwym staruszkiem, od czasu do czasu zasuwającym z miotłą przed swoim sklepem z akcesoriami sportowymi. To jednak tylko pozory; w gruncie rzeczy bowiem to ucieleśnienie bezwzględnego mordercy i człowieka, który wszystkich trzyma w ryzach, ze swoją rodziną na czele. Z wojskowym zacięciem ojca kontrastuje najstarszy syn familii, Alejandro, który jawi się nam jako karny i zawsze posłuszny romantyk. Nie interesują go ojcowskie interesy, marzy bowiem, aby zostać znanym sportowcem, do czego zresztą ma wszelkie predyspozycje, bo w swoim małym mieście odnosi już spore sukcesy. Pewnego dnia jednak poznaje dziewczynę, dla której chce porzucić rodzinne zajęcie i uwolnić się od zmory mafii. Na tej właśnie linii, ojciec - syn, będą się rozgrywały wydarzenia, stanowiące główną oś filmu - psychologiczną rozgrywkę między nimi.

„El Clan” jest obrazem prawdziwej historii, która w Argentynie odbyła się w latach 80-tych. Reżyser w fantastyczny sposób przenosi nas do Ameryki Łacińskiej w okres reformacji. Okres, w którym rodzina klasy średniej ”dorabiała” sobie porywając i mordując co istotniejsze jednostki miastowej społeczności. I to całkiem niesamowitej rodziny - cały drugi plan bowiem, w myśl zasady „ja nic nie wiem”, zajmował się własnymi sprawami dobrze się bawiąc, czy leżąc przed telewizorem, gdy z piwnicy dochodziły krzyki torturowanych. Iście niesamowite sceny. Główny bohater czuje się tu niesamowicie bezkarny, mając wtyki w najwyższych sferach państwowych dobrze wie, że może sobie pozwolić na wszystko. Reżyser nie serwuje nam jednak pełnej dosłowności makabry na ekranie - nie, Pablo Trapero sprawnie łączy tragiczny realizm sytuacji z pewną dozą ironii i lekkości, wpasowując dla przykładu radosne utwory takich klasyków jak The Kinks, w sceny masakry czy porwań. Mamy więc tu także masę scen sytuacyjnego humoru, na których śmiejemy się jednak nerwowo, wiedząc dobrze, że nie jest to w żaden sposób moralnie właściwe.

Na pozytywny odbiór filmu wpływa jednak zdecydowanie więcej - jest to przede wszystkim wybitna wręcz kreacja Guilerma Francelli. Człowiek ten wchodzi całkowicie w rolę szefa mafii, który mimo szczytnych ideałów, w gruncie rzeczy okazuje się myśleć jedynie o swoich interesach. Duże brawa należą się także odtwórcy roli jego syna, młodego Petera Lanzaniego, który fantastycznie pokazał nam na ekranie swoje wewnętrzne rozdarcie między rodziną a ukochaną. Ale na tym nie koniec - wartkie dialogi, niepretekstowa fabuła czy klimatyczne kadry są kolejnymi powodami, dla których na pewno warto „El Clan” zobaczyć.

Trapero obrazuje nam jednak znacznie więcej, niż jedynie nieetyczne praktyki rodziny Puccio. Film próbuje tutaj rozliczyć Amerykę Łacińską lat 80-tych z okresu bezkarności i ulicznej anarchii. Kreuje rzeczywistość, w której pistoletem dało się załatwić wszystko i, jeśli miałeś znajomości, było to traktowane jako całkowicie normalne. Obrazuje to naprawdę wiele scen, jak chociażby te, w których Arquimedes denerwuje się na syna, że nie pomógł mu tego dnia w ”interesach”, co ma chyba oczywistą wymowę. Rzeczywistość wykreowana przez Trapero wydaje się niesamowicie odrealniona i abstrakcyjna dla współczesnego człowieka. I jest to chyba dobrym znakiem na przyszłość. 

środa, 17 lutego 2016

"Deadpool" reż. Tim Miller

Unknown

Niesamowitym dla mnie zjawiskiem jest, że kino superbohaterskie jest tak popularne na świecie. Pomyślcie - osoby oglądające przygody naszych ulubionych bohaterów ogląda każdy, kiedy osoby czytające o tych samych postaciach są odsetkiem społeczeństwa. No i właśnie - do kin zawitał nowy superbohater, przez fanów filmowego uniwersum wcześniej nieznany. Mowa rzecz jasna o Deadpoolu - postaci o tyle wyjątkowej, że bardzo złożonej. Jako czytelnik komiksów byłem bardzo dobrze zaznajomiony z tym bohaterem i od samego początku miałem spore wątpliwości co do tego filmu. Jak już mówiłem Deadpool jest naprawdę bardzo złożoną postacią- mimo całej komediowej otoczki i rzucania żartami o penisach, nie znam chyba bardziej smutnej i gorzkiej postaci w uniwersum. W związku z tym bałem się, że postać zostanie mi zupełnie zepsuta, Marvel bowiem przyzwyczaił nas do zlewczego stosunku jeżeli idzie o pokazywanie nam w filmach emocji. Oh, jakże się myliłem.

Zacznijmy może od tego kim właściwie jest nasz główny bohater - Deadpool to antybohater (to znaczy, że nie jest ani całkowicie dobry, ani zły), który na skutek mutacji organizmu stał się nieśmiertelny. Swoją drogą powstał on troszkę jako żart, twórcy byli bowiem pewni, że zostaną pozwani do sądu za skopiowanie niemalże całkowicie postaci Deathstroke’a z uniwersum DC. Nie stało się tak jednak, dzięki czemu żart zamienił się w… inny żart? Troszkę tak, bo Deadpool przy pierwszym kontakcie wydaje się po prostu bohaterem zrobiony dla uciechy tłumów, gościa, który oprócz nieśmiertelności posiada jedynie spory inwentarz sprośnych i seksistowskich żartów. Niemniej im dalej w las tym bardziej poznajemy jego tragiczną przeszłość, niesamowicie złożony charakter czy zwykłe prozaiczne problemy dnia codziennego. Tak przynajmniej jest w komiksach. A co z filmem?

„Deadpool” dał mi dokładnie to, czego oczekiwałem. W sensie - to naprawdę dobra adaptacja komiksu. Więcej niż dobra. To niesamowicie dobra adaptacja komiksu. Jest tu wszystko, czego oczekiwałem: zabawny aktor w czerwonym stroju - jest. Mięso latające po całym ekranie - jest. Częste retrospekcje i łamanie czwartej ściany - jest. Udany wątek tragiczny, dzięki któremu Deadpool zyska troszkę głębi - jest. Żarty o penisach i wyśmiewanie uniwersum - jest. Ogółem adaptacja jest tak samo świetna jak komiksowy oryginał. Niesamowicie podobały mi się sceny, w których Deadpool nagle w samym środku rozróby zaczyna do nas mówić na zupełnie inny temat. W filmie pojawiła się także masa innych fenomenalnych motywów - jak chociażby kłótnia o meble z IKEI czy ciągłe naśmiewanie się z Wolverine’a. Problem jednak w tym, że o ile „Deadpool” okazał się być kapitalną ekranizacją, o tyle filmem jest troszkę gorszym.

No bo tak - w filmie niewiele się dzieje. Dostajemy na dobrą sprawę jedynie początkową rozróbę, bardzo rozbudowany origin (który ludzi zaznajomionych już z komiksowym pierwowzorem może nieco nudzić, ale wiadomo, że był konieczny, bo znaczna większość nigdy o Deadpoolu nie słyszała) oraz finałową rozróbę. I zasadniczo to tyle. Nie dostajemy tu żadnych innych ikonicznych postaci, a sama fabuła i wszyscy bohaterowie są mocno sztampowi. Na ekranie poza Deadpoolem możemy zobaczyć typową damę w opresji, zabawnego barmana, słabo wypadający czarny charakter, dwójkę bohaterów z serii X-Man oraz hinduskiego taksówkarza. Jak sami jesteście w stanie zauważyć, nie jest to specjalnie zajmujące towarzystwo. Prawdopodobnie taki był właśnie zamysł twórców, nie można jednak nie przyczepić się, że drugi plan jest jedynie tłem, które spokojnie można by wymienić na inne i nic wielkiego by się nie stało. 

Gra aktorska wypada tu naprawdę bardzo dobrze. Głównie za sprawą Ryana Reynoldsa, którego z każdym kolejnym filmem uwielbiam coraz bardziej. Odtwórca głównej roli był dla mnie najważniejszy - mimo, że Deadpool nie jest moją ukochaną postacią z uniwersum to jednak sporo o nim czytałem i miałem na jego temat pewne wyobrażenie. I jak to zawsze bywa - bałem się, że Reynolds zwyczajnie nie sprosta moim oczekiwaniom. W momencie, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy na ekranie, wszystkie wątpliwości zniknęły - to był on, to był Deadpool. Uwierzyłem w niego całkowicie. I dalej poszło już z górki - każdy kolejny aktor drugoplanowy grał lepiej lub gorzej, ale wystarczająco na tyle, by nie przeszkadzać mi podczas seansu. Prawie dwie godziny minęły mi na naprzemiennych napadach śmiechu i napadach płaczu. Żarty zawsze działały - nieistotne czy dotyczyły popkultury, twórców tego filmu czy seksu. Nie gorzej wyglądały sceny walki, które mimo niskiego budżetu udało się stworzyć znakomicie. Deadpool tu skacze, spada, robi piruety, odcina kończyny i wszystko wygląda, może nie realistycznie, ale na pewno efektownie.

Żeby nie było, że nie jestem w stanie znaleźć wad w nowej produkcji Marvela. Oprócz wcześniej wymienionych najbardziej na pewno boli niski budżet. Niestety nikt w film o Deadpoolu inwestować specjalnie nie chciał - nie dość, że postać przeciętnemu Kowalskiemu nie jest zupełnie znana, to kategoria R znaczyła znaczne zmniejszenie dochodów ze sprzedaży biletów, bo jak wiemy główną siłą napędową dla produkcji Marvela są właśnie bilety zakupione przez dzieciaki. No i dało się odczuć te dziury w budżecie, zwłaszcza podczas częstych scen wybuchów czy w designie stroju Colossusa, który mimo fantastycznego rosyjskiego akcentu i usposobienia pacyfisty, kłuł mnie nieco w oczy swoim wyglądem. Myślę, że dochodami był zdziwiony każdy, gdy po pierwszych trzech dniach od premiery „Deadpool” dwukrotnie przekroczył kwotę zainwestowaną w produkcję. Chociaż spore zarobki dało się wyczuć jeszcze przed premierą filmu, gdyż kampania reklamowa i cała akcja marketingowa odnosząca się do człowieka w czerwonym stroju, była jedną z lepszych jaką ostatnio widziałem. Mimo, że Deadpoola w mediach było wiele, sama kampania była naprawdę mało inwazyjna, a wszystkie reklamy tworzone były z pomysłem.


„Deadpool” jest więc fantastycznym filmem dla osób, które o tym śmieszku nigdy jeszcze nie słyszały - rozbudowany origin sprawi, że wszyscy dobrze zapoznają się z tym niecodziennym superbohaterem i na pewno go pokochają, bo nie oszukujmy się, nie da się go nie pokochać. Ci jednak, którzy Deadpoola znają bardzo dobrze, do kina pójdą prawdopodobnie jedynie dla poczucia klimatu z kart komiksów, który (RĘCZĘ ZA TO) jest równie wybitny. I cóż, mogą jedynie czekać na sequel, który w scenie po napisach został nam niejako obiecany. W scenie po napisach, jakiej jeszcze nie było. W tak wybitnej scenie po napisach, wyśmiewającej takich komiksowych nerdów jak ja. Ale cóż, było warto. Przy goryczy, której doświadcza Deadpool, moja, spowodowana niecodziennym zakończeniem, jest jedynie malutkim pstryczkiem w nos. W dodatku całkiem zabawnym, z perspektywy czasu.

czwartek, 11 lutego 2016

"Spotlight" reż. Tom McCarthy

Unknown

Oskarowy sezon zaczął się na dobre, co oznacza (dla mnie i dla was mam nadzieję) jeszcze więcej czasu spędzonego na salach kinowych. Ah, zapach popcornu, miękkość foteli i ogólny gwar zachwytów zmieszany z gwarem niezadowoleń. Tym razem oba gwary były porównywalnie głośne. Dlaczego? Cóż, „Spotlight”.

Film opowiada nam historię śledztwa prowadzonego przez dziennikarzy gazety Boston Globe w roku 2001, odnoszącego się do spraw molestowań nieletnich przez księży. Dzielni dziennikarze z sekcji Spotlight, będącą zasadniczo swoistym biurem detektywistycznym, starają się zebrać wszelakie potrzebne materiały dowodowe i w jakiś sposób może nawet „uratować” miasto (Boston bowiem był i dalej jest niesamowicie katolickim miastem amerykańskim).

Film możemy na wstępie przyrównać do wcześniej recenzowanego przeze mnie „The Big Short” - oba dzieła bowiem łączy misja, dla jakiej zostały stworzone. Moim głównym problemem jest jednak fakt, że nie zostały one zrobione w podobny sposób. Nie zrozumcie mnie źle - absolutnie nie chciałbym mieć dwóch jednakowych filmów w oskarowym starciu, skądże. Po prostu odnoszę wrażenie, że reżyser nie mógł się zdecydować w jakim stylu historia powinna zostać opowiedziana. Z jednej strony można „Spotlight” odbierać jako film dokumentalny, który stara się w miarę rzetelnie opowiedzieć całą tę tragiczną historię. Niestety, zawiera on zbyt wiele środków, którymi posługuje się film fabularny. Co dla mnie osobiście jest troszkę rozczarowujące, bo wydaję mi się, że gdyby twórcy zdecydowali się pozbawić obraz zupełnie niepotrzebnych uwag na temat spraw wiary (WIARY podkreślam, nie kleru), wyszłoby mu to na dobre. O czym mówię? Cóż, w filmie występuje masa uwag i zgrań zupełnie zbędnych, jak chociażby scena, gdzie kilkoro ludzi zapytanych o wiarę odpowiada: „Kiedyś wierzyłem, ale po tym co zaszło już nie jestem w stanie”, albo scena, w której wnuczka podsuwa ultrakatolickiej babci gazetę z artykułem mówiącym o 1000 ofiar molestowań w Bostonie, a na babcinej twarzy widzimy wyraz bólu i niedowierzania. Jasne, rozumiem o co chodziło twórcom, mieli zamiar pokazać jak bardzo ta informacja wstrząsnęła mieszkańcami Bostonu, ale naprawdę nie uważam, że sceny te były scenami koniecznymi dla wydźwięku filmu. Szczerze mówiąc wydawały mi się mocno zbędne i włożone tam na siłę. 

Z drugiej jednak strony nie jestem w stanie tegoż filmu uznać za bardzo dobry film fabularny - za mało dowiadujemy się o głównych bohaterach, nie wiemy o nich nic, poza tym, że pracują razem w gazecie. Po prostu jesteśmy wrzuceni w już rozpoczętą historię, w którą na początku trudno nam wejść i obserwujemy tych ludzi tak jakby z boku, jedynie jako dziennikarzy. Możliwe, że był to celowy zabieg reżysera, ale niesamowicie mnie denerwowało, że przez nierozwijanie wątków bazujących na relacjach bohaterów, do połowy filmu nie znałem imion poszczególnych dziennikarzy ze Spotlight. 

Niemniej jednak mimo uwierających mnie wad, „Spotlight” oglądało mi się naprawdę nieźle. Po pewnym czasie, zamiast film o sprawie molestowań nieletnich przez kler, zacząłem traktować historię jako po prostu relację z pracy gazety. Wtedy już potrafiłem bardziej uwierzyć w tę opowieść i pozwoliłem porwać się historii. Właśnie „porwać się historii”, bo ten film zasadniczo stoi jedynie nią. I nie uważam tego za kolejny zarzut, bo mając tak mocny temat trudno było sprawić, żeby to nie ona była najmocniejszym punktem tegoż filmu. „Spotlight” powinno się traktować jako próbę zrelacjonowania nam wydarzeń z 2001 roku i wojnę gazety z kościołem, a niekoniecznie pełnoprawny film fabularny, bo na emocjach bohaterów film skupia się bardzo rzadko. I gdy dojdzie do nas, że to najlepsza droga do polubienia tego filmu - spędzimy miło i przyjemnie te 2,5 godziny w kinie.

Pod względem realizacyjnym twórcy dali sobie radę - mimo, że od 2001 roku nie dzieli nas wiele czasu, da się jednak wyczuć, że starano się dobrać wszystko, aby faktycznie pasowało (chociażby komputer, w którym by przybliżyć obraz należy kręcić gałkami). Widać także, że starano się, aby scenariusz był jak najbardziej rzetelny. Prace nad wszelkiego rodzaju szczegółami dotyczącymi osi fabularnej trwały ponoć rok, twórcy mieli dodatkowy mobilizator w postaci lęku przed pozwami z Watykanu. Dzięki temu mamy pewność, że cała opowieść, ze wszystkimi przerażającymi wręcz składnikami scenariusza, jest w stu procentach prawdziwa i niezakłamana. To się ceni.

Na całe szczęście mocnych elementów jest w nowym filmie Toma McCarthy’ego więcej, jak chociażby aktorstwo. Aktorstwo było tu naprawdę bardzo dobre, chociaż nie mogę tego odnieść do wszystkich. Na pewno najjaśniejszym punktem filmu jest Mark Ruffalo, który po raz kolejny udowadnia, że zasłużył na miejsce w hollywoodzkiej czołówce. Co prawda wiele możliwości do szarżowania nie miał (chociaż jedna czy dwie sceny zapadły w pamięć), ale całkiem rewelacyjnie wykreował postać dociekliwego dziennikarza. Niemniej dobrze postać ograł Michael Keaton, który rok temu wraz z „Birdmanem” wrócił do grania w dobrych filmach. Przez scenariusz, który miał w poważaniu przeszłość bohaterów wiele o nim nie wiemy, natomiast z tego co zostało dla niego napisane, Keaton wykreował naprawdę dobrą postać z krwi i kości, postać naczelnika gazety (tzn naczelnika sekcji Spotlight), w którego uwierzyłem. Gorzej miałem jednak z resztą obsady, chociażby z Rachel McAdams, od której oczekiwałem stworzenia kogoś więcej niż kobiety, która chodzi jedynie w tę i z powrotem. Ale to nie jedynie ona - cały drugi plan, wszyscy oprócz wcześniej wymienionych, są w filmie jedynie by przekazywać beznamiętnie informacje o dalszych losach śledztwa. I rozumiem, że to prawdopodobnie także był zabieg reżysera, ale to sprawia jedynie, że coraz mniej lubię ten film. Nie zrozumcie mnie źle - zaraz po filmie byłem bardzo zadowolony, ale im więcej myślałem o nim później, tym bardziej wydawał mi się niespójny i przesadzony. Ale nie przejmujcie się tym absolutnie. Mimo wszelkich wad Spotlight jest naprawdę fantastycznym obrazem pracy dziennikarzy, ciężkiej pracy dziennikarzy. Filmów, które z takim zapałem opowiadają o prowadzeniu śledztwa jest na rynku deficyt. I chociażby dlatego warto na „Spotlight” pójść. 

środa, 27 stycznia 2016

"Dziewczyna z portretu" reż. Tom Hooper

Unknown

Gdy tylko usłyszałem, że Hooper szykuje nowy film z Eddiem Redmaynem i Alicią Vikander w rolach głównych, naprawdę się ucieszyłem. To trio tak naprawdę gwarantowało sukces  filmu – Hooper, który nie mógł zwolnić po fenomenalnych Nędznikach, Redmayne, któremu zależało by jego sława nie okazała się krucha i chwilowa, no i Vikander, która od jakiegoś czasu już pokazuje nam, jak bardzo fenomenalną aktorką jest. Idąc do kina liczyłem, że zobaczę co najmniej dobry film (głównie dlatego, że jak dotąd żaden z Oskarowych faworytów nie spodobał mi się specjalnie). Niestety, zawiodłem się. Ostatnio często zawodzę się w kinie.

Może to po prostu kwestia za dużych wymagań, jakie stawiałem „Dziewczynie z portretu”. Nie ukrywam – historia transseksualnego malarza wydała mi się interesująca od samego początku, a w zachwyt wpadałem za każdym razem, gdy widziałem fotosy z filmu – Eddie tak pięknie wyglądał w charakteryzacji Lily. Niczym piękna pocztówka. Cały ten film jest z resztą piękną pocztówką. Szkoda jedynie, że bez żadnej szczególnej treści. Widać, że reżyser bardzo starał się by wszystko wyglądało naprawdę ładnie. Problem w tym, że zatracił się w tym, zupełnie nie zwracając uwagi na jakąkolwiek głębię tej historii i często wpadając w kicz.

Bo o czym tak naprawdę opowiada „Dziewczyna z portretu”? To historia… no właśnie, czego? Czy jest to historia miłości między Einarem a Gerdą? A może opowieść o tym, jak to trudne życie mieli transseksualiści jeszcze sto lat temu? A może w ogóle obraz przeżyć malarza, który próbuje dowiedzieć się jakiej płci tak właściwie jest? Niestety po obejrzeniu filmu nie jestem w stanie tego ustalić. I dokładnie ten sam problem miał tu Hooper, który desperacko stara się opowiedzieć trzy historie, trzy różne wątki, w efekcie nie kończąc tak naprawdę żadnego. I bardzo szkoda, bo gdyby chwycił się jednej, moglibyśmy mieć naprawdę dobry film. Kolejną kwestią jest sama seksualność Einara. Po seansie byłem bardzo rozdrażniony z tego powodu, a gdybym był osobą transseksualną, prawdopodobnie czułbym się nawet obrażony. Do wytłumaczenia o co mi chodzi, muszę jednak przytoczyć troszkę fabuły, więc ludzie obawiający się o spoilery proszeni są o przeniesie się do kolejnego akapitu.

Einar wraz z Gerdą prowadzą w miarę szczęśliwe życie. Myślę, że naprawdę mocno się kochają. I nagle, gdy Einar zdaje sobie sprawę, że urodził się w złym ciele, że tak naprawdę jest kobietą, zupełnie traci zainteresowanie Gerdą. Gdy Einar jest Lily, nie kocha już Gerdy, jest obrażony na cały świat i mimo, że przecież jest to jego żona, ugania się za innymi mężczyznami. Ale to nie koniec. Postać odgrywana przez Redmayna, mimo rozdwojenia jaźni (bo nie potrafię tego inaczej nazwać) ma też wielkie problemy z podjęciem decyzji. Bo tak, raz nasz bohater jest Einarem, żeby potem przebrać się w Lily, a potem znowu wrócić do postaci Einara. Widząc te zmiany poważnie zastanawiam się, czy jest to faktycznie film poruszający problematykę LGBT. Bo jednak z tego co wiem osoby transseksualne nie zmieniają osobowości ani upodobań po zmianie płci.

Jak widzicie, wszystkie właściwie moje uwagi skierowane są w stronę scenariusza, który wydaje mi się po prostu dziurawy, pusty i zwyczajnie nudny. Brak jakiejkolwiek dramaturgii, która nie ograniczałaby się do jednej czy dwóch scen wymuszających łzy u widza. Brak głównego bohatera, którego byłbym w stanie polubić, bo samolubny, nieliczący się z nikim Einar na pewno kimś takim nie jest. Brak w końcu także i jakiejkolwiek akcji, czegoś co nie ogranicza się do patrzenia jak Redmayne bawi się ręką i mruga. Scenariusz jest tutaj troszkę jak prezent pod choinką w galerii handlowej – co z tego, że ładnie opakowany w kolorowy papier, jeżeli pod spodem znajduje się pusty szary karton?

Oczywiście nie zawinił jedynie scenariusz – był też na przykład Eddie Redmayne. Nie sądziłem, że kiedykolwiek powiem złe słowo na tego młodego i utalentowanego aktora, ale jednak. Rola Einara jest zwyczajnie nijaka i męcząca, a rola Lily przeszarżowana. Widać, jak bardzo chłopak starał się zagrać, by zdobyć drugiego z rzędu Oskara, problem w tym, że zatracił się w marzeniach o statuetce, obdzierając tym samym swoją postać z jakiejkolwiek autentyczności. A to nie koniec minusów dotyczących obsady. Cały drugi plan leży; postacie są zarysowane grubą krechą i zupełnie nie zabiegają o nasze zainteresowanie. O Henriku nie wiemy nic, gdzieś mimochodem w jednej  wypowiedzi słyszymy, że jest homoseksualistą. Postać przyjaciela z dzieciństwa została wprowadzona tylko po to, żeby pocieszać smutną Alicię Vikander. A koleżanka naszej pary malarzy została stworzona, by słuchać ”mądrych i życiowych” słów Einara i Gerdy. Nawet muzyka od Desplata, którego tak bardzo kocham, wydaje się być nijaka. Podśmiewuję się, że nijakością ścieżki dźwiękowej kompozytor chciał oddać charakter filmu. Taki żart. Nieśmieszny, wiem.

Oczywiście nie jest tak, że film jest absolutnie tragiczny. Podobały mi się zdjęcia, przynajmniej początkowo. I oczywiście podobała mi się FENOMENALNA Alicia Vikander w roli Gerdy. Widać, jak bardzo starała się ratować ten przegrany film, fantastycznie ukazywała wewnętrzne rozdarcie bohaterki, które było swoją drogą jedynym dobrze zrealizowanym dramatem w nowym dziele Hoopera. Naprawdę nie obraziłbym się, gdyby dostała Oskara, bo jest właściwie jedyną nadzieją dla tej historii na gali za miesiąc. Niestety, drugoplanowa aktorka, choćby tak fantastyczna jak wspomniana Alicia nie jest w stanie uratować tak nudnego i płytkiego filmu, jakim jest „Dziewczyna z portretu”. Finałowa sekwencja nastawiona na wyciskanie łez (opis snu Einara i szal lecący ku niebu) wycisnęła ze mnie co prawda łzy, ale były to łzy żenady i rozczarowania Tomem Hooperem. Ach towarzysze, zapłaczcie proszę nad moim marnym losem! Do zobaczenia.



środa, 20 stycznia 2016

"Creed" reż. Ryan Coogler

Unknown


Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo sceptycznie nastawiony do tego filmu byłem przed jego obejrzeniem. Po pierwsze dlatego, że filmy o Rockym znam bardzo dobrze i żadnego tak naprawdę nigdy nie polubiłem. Po drugie, bo jak mówi stare ludowe przysłowie: „W jednym roku dwa przyzwoite filmy o boskie nie powstaną”, a jeżeli „Southpaw” z Jakiem Gyllenhaalem nie można nazwać dobrym, to (przynajmniej ze względu na głównego aktora) powinno się nazwać przyzwoitym. A po trzecie nigdy nie sądziłem, że film o boksie może chwycić mnie za serce. Tak naprawdę poszedłem na niego tylko dlatego, że nalegał na to mój kolega. I wiecie co? Dobrze, że nalegał, bo „Creed” w gruncie rzeczy to całkiem przyjemna produkcja.

Dla niedoinformowanych – film jest swoistym odświeżeniem kultowej serii o Rockym, ale nieco inaczej, niż mogliśmy się tego spodziewać. Zamiast Balboy mamy bowiem Adonisa Creeda, syna słynnego boksera Apolla Creeda, z którym Rockemu było się kiedyś mierzyć. Chłopak tak bardzo chce walczyć, że ze słonecznego Hollywood decyduje się przybyć do deszczowej Filadelfii, by tylko słynny Balboa mógł go trenować. Nowością w serii jest zasadniczo jedynie backstory głównego bohatera. Nie jest on (jak każdy mógłby przypuszczać) chłopcem z biednej dzielnicy, który musi walczyć o przetrwanie, lecz (na skutek dziwnych rodzinnych koligacji) bogaczem jeżdżącym jaguarem, walczącym dla własnej przyjemności i zabicia nudy. Dziwny typ.

Głównym problemem „Creeda” jest chyba sprawa braku bohaterów. Oprócz denerwującego Adonisa mamy tu tak naprawdę tylko świetnego Stallone’a i równie denerwującą dziewczynę boksera. Cała reszta jest tu tylko i wyłącznie po to, by w przerysowany sposób rzucać kłody pod nogi głównego bohatera, albo krzyczeć „to ja wygram te walkę bo jestem lepszy!!!”. I to niestety trochę uwiera… Ale rekompensuje to cudowny Sylvester, w roli wyblakłej gwiazdy boksu, której już na niczym nie zależy, a swoim wewnętrznym smutkiem i brakiem zainteresowania łapie mnie za serce i nie puszcza aż do końca seansu. Gdyby każdy bohater filmu był jak Stallone, mielibyśmy arcydzieło, ale niestety tak nie jest. Może jestem jedyny, ale strasznie denerwował mnie Adonis. Postać była budowana tylko na jednym szablonie bogatego dzieciaka, który obraża się, gdy trener nie pozwala mu walczyć, szpanuje drogim autem i jest tak pewny siebie, że to auto właśnie stawia w zakładzie podczas walki z jakimś super mistrzem juniorów. No kurde, można było dać mu troszkę więcej charakteru. Troszkę więcej charakteru także można było dać jego dziewczynie, która jest typową dziewczyną, troszkę jakby wyciętą z jakiejś reklamy. Śpiewa (dlaczego moja pasja ma być mniej ważna niż twoja pasja?), zawsze stoi za swoim chłopakiem (gdy ją okłamywał wydawała się bardzo nieprzejęta) i (co najważniejsze w byciu typową dziewczyną boksera) obraża się, by potem wrócić i znowu obrazić i znowu wrócić. To mój ulubiony typ kobiety.

Film rzecz jasna ma też wiele więcej wad: fabuła dokładnie jak w każdym Rockym, niezapadająca w ucho i niebudująca napięcia ścieżka dźwiękowa, nieciekawi przeciwnicy, wątki obyczajowe pisane na kolanie bez żadnej dramaturgii, czy trening głównego bohatera (a to dlatego, że miałem wrażenie, że jego umiejętności przez cały czas stały dokładnie na tym samym poziomie) ale to jeszcze można odpuścić. Nie do odpuszczenia są jednak dwie rzeczy. Po pierwsze brak słynnego „Gonna Fly Now” w soundtracku. No kurde, ja wiem, że robimy serię ZUPEŁNIE INNĄ od serii o Rockym (a możemy się domyślać, ze to będzie seria chociażby po podtytule „Narodziny legendy”), ale ta piosenka buduje klimat zawsze i jest nieodłącznym elementem filmów ze Stallonem. Po drugie łapanie się bardzo prostych rozwiązań, po które sięga się jedynie w celu wzbudzeniu dramaturgii i ciągłego umoralniania. Co mam na myśli? Cóż, niepotrzebne wątki jak problemy Rocky’ego (nie chcę spoilerować o jakie chodzi), czy progresywna utrata słuchu dziewczyny-piosenkarki.  Film by na tym jedynie zyskał, serio!

Oczywiście nie znaczy to, że film mi się nie podobał. Sekwencje walki, dla przykładu, były rewelacyjne. Zwłaszcza pierwsza, kręcona na jednym długim ujęciu, co sprawiało, że wreszcie w jakiś sposób utożsamiłem się z bohaterem i dostałem po mordzie jak i on. Niestety, tego typu motywów w „Creedzie” było naprawdę niewiele i sam nie wiem już co mnie tak chwyciło, bo w gruncie rzeczy bawiłem się na nim naprawdę dobrze. Mimo wszystkich tych wyżej wymienionych błędów specjalnie się nie nudziłem i z nieudawaną ekscytacją chłonąłem kolejne przygotowania głównego bohatera. Mogę więc jedynie powiedzieć, że jestem nierzetelnym krytykiem, życie to walka, nie chcę przegrać, żegnajcie, do następnego.

czwartek, 7 stycznia 2016

"The Big Short" reż. Adam McKay

Unknown

Prawdopodobnie znaczna większość z was nie ma zielonego pojęcia co spowodowało wielki kryzys nieruchomościowy w 2008 roku. Część z was prawdopodobnie nie wie nawet, że taki kryzys miał w ogóle miejsce. I bardzo dobrze - o to właśnie przychodzi „The Big Short”, czyli próba rzetelnego przedstawienia jak było naprawdę. Bez ukrywania niewygodnych faktów, bez poprawności biznesowej. Suche fakty i mokra prawda, czyli to, co lubimy w kinie najbardziej.

To nie jest film dla każdego - wymaga on bowiem od widza niebywałego skupienia i życia ze świadomością niezrozumienia kilku motywów w filmie. Na całe szczęście twórcy nie chcą jednak, abyśmy nie zrozumieli zupełnie nic. Stosują całkiem super zabiegi, dla przykładu podczas rozmowy bankowym żargonem, nagle jeden z uczestników mówi wprost do kamery, o co tak naprawdę chodzi. Albo do wytłumaczenia trudnych pojęć, które przeciętny Kowalski słyszy po raz pierwszy, reżyser wykorzystuje (a jakże!) Selenę Gomez. Takich zabiegów jest tu masa i, co najważniejsze, wszystkie działają! Ale zacznijmy może od początku.

„The Big Short” traktuje o kilku „wybitnych dziwakach”, jak to na wstępie zaznacza Ryan Gosling z offu. Dziwakach, którzy na dużo przed wielkimi korporacjami przewidzieli, do czego zmierza polityka wielkich i małych banków. Film pokazuje nam tak naprawdę trzy (jakby się uprzeć to nawet cztery) historie osób, które jakimś cudem przewidziały kryzys i postanowiły się na nim wzbogacić. I jak to w tego typu obrazach bywa, choć do projektu zatrudniono największe nazwiska Hollywoodu, każda z postaci została potraktowana powierzchownie. Nie jest to jakaś wielka wada, niemniej jednak momentami denerwowało mnie, że Brad Pitt tylko siedzi i przygotowuje warzywa ze swojego ekologicznego ogródka, a Christian Bale (którego kocham całym sercem) jedynie zmazuje  z tablicy liczbę, by zastąpić ją inną. Grali jednak fantastycznie, film aktorstwem stoi naprawdę wysoko. Bardzo naturalny w roli podstarzałego hippisa Pitt, mój ukochany Christian Bale, lekko w tym filmie przeszarżowany, oraz fenomenalny Ryan Gosling, mówiący sam o sobie jako „cool guy”. Wszyscy tworzą idealne tło historii. Ktoś zapyta: „Zaraz zaraz, jakie tło, przecież wszystkie te postacie dostały tyle samo czasu”. To prawda, ale najbardziej na pierwszy plan wybijał się Steve Carell, w związku z tym film traktuję tu troszkę jako obraz opowiadający właśnie o jego postaci - to jego dane nam było poznać najlepiej, zrozumieć wszystko, co tworzyło go takim, jaki jest. I, co tu dużo mówić, drugi rok z rzędu Carell zasługuje na Oskara za drugoplanową rolę męską i prawdopodobnie drugi rok z rzędu jej nie otrzyma. Fantastycznie wciela się w postać człowieka, który przez jedno kluczowe wydarzenie z przeszłości, nie ufa już absolutnie nikomu, w związku z czym jest najlepiej przygotowany do pracy w finansach. Smutny obraz mężczyzny, który nie jest w stanie żyć w społeczeństwie jest też widoczny u Bale’a, lecz ten drugi niestety mnie nie kupił. Uważałem go bardziej za niezrównoważonego psychicznie, przez co niespecjalnie mogłem się w niego wcielić i zrozumieć motywacje. Inaczej z Carellem, z którym utożsamiałem się cały film i na jego problemach zależało mi najbardziej. Z drugiej strony mamy jednak Ryana Goslinga, człowieka absolutnie cool zajmującego wyższe stanowisko w Deutche. Człowieka, z którym każdy się liczy (scena, w której Gosling rozmawia w łazience przez telefon i każe opuścić pomieszczenie poszczególnym obecnym tam pracownikom jest po prostu rewelacyjna), ale mimo to jednak nie ufają mu w sprawie kryzysu, który przewiduje. To rola również czasem przeszarżowana, ale dawno nie widziałem tak przyjaznego ”badassa”, a już na pewno nie w tym roku. Brawa. Nie można rzecz jasna pominąć ról pomniejszych, lecz równie istotnych dla historii, jak Finn Wittrock i John Magaro, jako dwójka dzieciaków posiadająca mały garażowy bank i pragnąca dostać się do światowej czołówki. Bardzo komiczne role. 

Na sukces „The Big Short” składa się jednak więcej niż rewelacyjne aktorstwo. To przede wszystkim fantastyczny scenariusz autorstwa McKaya i Randolpha. Zbędnych dialogów tu w zasadzie nie było, a każda scena do czegoś prowadziła. Zdjęcia autora Kapitana Phillipsa nie zapadły mi jakoś głęboko w pamięć, podobnie zresztą jak muzyka Nicholasa Britella. 

W porównaniu do zeszłorocznego „Wilka z Wall Street”, który kręcił się w okół podobnego tematu, „The Big Short” jest znacznie bardziej nastawione na nauczenie nas czegoś. To film tworzony z misją przekazania nam czegoś większego, czego zdradzenie prawdopodobnie zepsułoby wam seans, więc nie powiem co to. Nastawiony głównie na pokazanie nam w jaki sposób wielkie pieniądze inwestowane są na giełdach, a potem jak oszustwa banków przekładają się na życie zwykłych obywateli. Czasem w sposób zdecydowanie zbyt przerysowany, lecz myślę, że tego właśnie wymagała opowiadana historia. Nie powinniśmy się denerwować, że nie rozumiemy niektórych kwestii, bo bez pracy w banku prawdopodobnie nie będzie nam to dane. Ważne, żebyśmy wynieśli z niego jak najwięcej możemy. Twórcy próbują tu zrobić mimo wszystko film dla wszystkich, także dobrze będą bawić się na nim i bankierzy, którzy dobrze rozumieją gadkę filmowych finansistów, i przeciętni zjadacze chleba, którzy w trudniejszych chwilach będą wspomagani przez Margot Robbie i Selenę Gomez. Tak więc nie bierzcie kredytów i czekajcie na kolejne recenzje. Do następnego!





Kilka słów


Miło mi powitać was tak dobrym filmem w 2016! Cieszę się, że jesteście i że czytacie, super rzecz. Kilka słów zostało stworzone pod tym postem, bo może część z was wymaga ode mnie stworzenia jakiejś topki i filmów i z wyczekiwaniem codziennie bada blog w jej poszukiwaniu. Nic się nie martwcie, topka się pojawi, ale dopiero po Oskarach. Zdałem sobie sprawę, że nie ma sensu robić jej teraz, gdyż wiele filmów, które zdobędą Oskary w tym roku, nie zostało jeszcze pokazanych w polskich kinach, w związku z czym musiałbym je wpychać do topki przyszłorocznej i jednocześnie do tegorocznej pakować takie dobre filmy jak „Birdman”, których już troszkę nie pamiętam. Umówmy się więc teraz, że rok filmowy trwa od Oskarów do Oskarów. Mam nadzieję, że nie będziecie mi mieli tego za złe. 

poniedziałek, 28 grudnia 2015

"Dobry Dinozaur" reż. Peter Sohn

Unknown


Decydując się na kupno biletu na nowy film Pixara, w dodatku reżyserowanego przez debiutanta, nie miałem wysokich oczekiwań. Po prostu „W głowie się nie mieści" było tak dobrym filmem, że Pixar nie miał szans zrobić czegoś równie rewelacyjnego w tym samym roku. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że „Dobry Dinozaur" faktycznie okazał się dobrym dinozaurem.

Pomysł wyjściowy jest naprawdę ciekawy - meteor, który przed milionami lat doprowadził do zagłady dinozaurów, omija Ziemię. Wielkie gady przeżyły, wykształciły swój własny język, są w stanie wytwarzać proste maszyny, a nawet siać zboże i hodować zwierzęta. W związku z tym ludzie (którzy również znajdują się w tej oryginalnej wizji świata, a jakże!) pełnią funkcję, co by dużo mówić, piesków. Nam dane jest przyglądać się pewnej rodzinie wielkich zielonych dinozaurów, żyjącej sobie gdzieś u podnóża pewnej góry.

Pierwszą rzeczą, która bardzo uderzyła mnie podczas seansu,  to brak krótkometrażówki, do której przecież przyzwyczaił nas Pixar. Nowy film Pixara zawsze oznaczał uroczy film krótkometrażowy przed rozpoczęciem faktycznego filmu. Zawsze tak było! Byłem tak sfrustrowany całą sytuacją, że zaraz po przyjściu do domu złapałem za komputer i czym prędzej sprawdziłem o co chodzi. I znalazłem. Na całe szczęście Pixar nie przestał produkować krótkometrażówek. Okazało się, że rodzice oglądający „Dobrego Dinozaura" wraz ze swoimi małymi pociechami głośno protestowali przeciw puszczaniu „Sanjay’s Super Team", czyli wcześniej wspomnianej krótkometrażówki, gdyż burzyła ich treść tegoż filmu. Niestety nigdzie w Internecie nie mogłem znaleźć żadnej informacji na temat tej burzącej treści, więc pokusiłem się aż o samodzielne obejrzenie. I… umarłem. Jest to bowiem opowieść o małym hindusie z elementami hinduskiej religii i to opowieść jak dobra. Każdy kto nie oglądał niech czym prędzej zobaczy! Nie rozumiem z jakiego powodu w XXI wieku,  w kraju cywilizowanej Europy jakakolwiek informacja na temat obcej wiary burzy ludzi dorosłych i naprawdę nie chcę wiedzieć ani dłużej się nad tym rozwodzić.

Niestety brak krótkometrażowej animacji to nie jedyna rzecz, która odróżnia „Dobrego Dinozaura" od innych produkcji Pixara. Każdy ich film był przecież skierowany nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych. Każdy dobrze się na nich bawił, bo film w bardzo sprawny sposób sprawiał, żeby każdy to właśnie robił. Dobrze się bawił. Tutaj jest nieco inaczej – „Dobry Dinozaur" jest rzecz jasna dobrym filmem, jak każdy zresztą film wyprodukowany przez to studio. Problem w tym, że jest wyraźnie skierowany ku młodym widzom, nie odnajdziemy tu elementów zrozumiałych tylko przez dorosłych, jak chociażby w „Odlocie" czy „Wall-E". Nie, to niestety jedynie bajka,  z której najwięcej wyniosą dzieciaki.  Poza tym jednak bez zmian – film jest piękny, film ma inteligentny morał, film jest przedstawicielem kina drogi i przede wszystkim – film jest dobry, czyli dokładnie tak, jak nas do tego Pixar przyzwyczaił. Ale poczepiajmy się jeszcze chwilkę.

Jestem zachwycony tym jak wygląda tu świat – dawno nie widziałem tak fantastycznej animacji otoczenia. Naprawdę, bardzo trudno mi tutaj przywołać film, który jest w stanie pod tym względem „Dobremu Dinozaurowi"  dorównać. Dlatego właśnie musiał tu zostać wrzucony najgorzej wyglądający główny bohater animacji na przestrzeni ostatnich 50-ciu lat. Serio, Arlo został tak tragicznie zaanimowany, że nie da się na to patrzeć. Dodatkowo za każdym razem gdy się rusza, wygina się w jakiś niepokojący spokój, że obawiam się, że zaraz złamie się w pół.

Kolejna rzecz, która piekielnie mnie uwierała, wynika troszkę z tego, że film był dedykowany młodym, ale musze na to ponarzekać w osobnym akapicie. Mam na myśli przesadną dosłowność i mocne traktowanie nas jak idiotów. Bardzo często w tym filmie jesteśmy tak traktowani i bardzo mi się to nie podoba. Dla przykładu gdy pierwszy raz w filmie widzimy pioruny są one zwiastunem bardzo nieprzyjemnej sytuacji, która mocno zraniła głównego bohatera. Gdy widzimy je następnym razem nie wystarcza ukazanie nam ich na ekranie. Nie wystarcza nam nawet podłożenie głosów z tamtej sytuacji. Nie, film czuje się w obowiązku przedstawienia nam kadrów, które widzieliśmy 15 minut wcześniej w ramach retrospekcji, żeby czasem nikt nie przegapił z jakiego powodu główny bohater zachowuje się tak, jak się zachowuje. Może to zwykłe czepialstwo dla czepialstwa, ale mnie osobiście bardzo to denerwowało.

Poza tym film wypada całkiem solidnie. Animacja, jak mówiłem wcześniej, wypada cudnie, polski dubbing jest podłożony naprawdę udanie (T-Rexy  mówiące śląską gwarą wprawiły w rozbawienie całą salę kinową), morał jest (może nie jakiś wybitny, ale wynikający z treści filmu, więc się nie czepiam), muzyka także robi swoje. Ot, kawałek dobrego kina familijnego. Kawałek „Dobrego Dinozaura".

P.S   T-Rexy biegają cudnie. Serio, dawno nie widziałem tak fantastycznie zaanimowanego i tak dostojnego biegania zwierząt w kinie. Chyba pójdę do kina jeszcze raz tylko dla scen przemieszczania się z gracją wielkich gadów z malutkimi rączkami. Heh.

 Wesołych świąt.

piątek, 4 grudnia 2015

"Most Szpiegów" reż. Steven Spielberg

Unknown

Trudno mi to przechodzi przez gardło, ale nie minę się z prawdą, jeśli powiem że nazwisko ”Spielberg” nie budzi już tyle emocji co kiedyś. Bo choć Steven jest marką sam w sobie i jak dobrze wiemy złych filmów nie kręci praktycznie nigdy (nawet ten nieszczęsny War Horse był znośny), to ostatnimi czasy nie zdarza mu się rewolucjonizować kina jak to miał kiedyś w zwyczaju. Po Moście Szpiegów  nie spodziewałem się zatem wiele, mimo że: a)kręcił to Spielberg, b) pisali to Coenowie, c) główną rolę grał Tom Hanks. I prawdopodobnie bardzo dobrze, bo mógłbym się dość mocno zawieźć. Powiedzmy na wstępie – Most Szpiegów absolutnie nie jest arcydziełem. Nie ma też zadatków na bycie rewolucją i prawdopodobnie zostanie pominięty na Oskarach, bo jest zbyt typowym przedstawicielem kina środka. Ale z czystym sumieniem powiem, że to najlepszy film Spielberga w XXI wieku. I tak. Jest lepszy od Tintina.
Fabuła opowiada historię domniemanego rosyjskiego agenta, który został schwytany przez CIA w okresie zimnej wojny. Choć wiadomo jaki czeka go los, Amerykanie chcą sądzić szpiega ”sprawiedliwie”, więc przydzielony zostaje mu dobry adwokat (Tom Hanks). Most Szpiegów jest tak naprawdę dwoma filmami w jednym. Pierwszy film (znacznie lepszy) to motyw obrony Rudolfa Abela, czyli kręcenie się w obrębie kina sądowego. Druga natomiast to cała akcja, która odbywa się poza granicami USA, które jest zasadniczo mieszanką kina szpiegowskiego, kina akcji ze szczyptą… kina o biznesie? Jeżeli tak można to nazwać, sam nie wiem. W każdym razie o ile pierwszy film broni się doskonale, napięcie jest budowane wybornie plus Coenowie postarali się, aby patriotyczna gadka była na odpowiednim poziomie, to druga już niestety nie. Trwa ponad godzinę, jest momentami męcząca, a w większości wyjątkowo nudna. Napchana banalnymi i przewidywalnymi twistami fabularnymi (chociaż oczywiście nie mówię, że była zła, miała też sekwencje naprawdę dobre). Przez większą część Tom Hanks po prostu jeździ z miejsca na miejsce, rozmawia z różnymi ludźmi, a potem wraca i mówi co ustalił z tymi ludźmi innym ludziom…
Troszkę mnie denerwuje, że Tom Hanks znowu gra Toma Hanksa. Nie przeszkadza to może aż tak bardzo jak u Christopha Waltza w Spectre, a dla widza, który nie widział dużo Hanksa może się wydać zwykłym czepialstwem, ale on nie raz już pokazał, że potrafi więcej. Tu po raz kolejny z rzędu jedzie na autopilocie oklepaną rolę, która w Moście Szpiegów akurat fartem pasuje do granej przezeń postaci. Ale na miłość boską, Tom, stać cię na więcej! 
Absolutnie przyczepić nie mogę się jednak do Marka Rylance’a, którego nie znałem przed zobaczeniem Mostu Szpiegów. Zagrał bardzo dobrze, świetnie wychodziły mu sekwencje niewerbalne, w których naprawdę pokazywał tajemniczość swojego bohatera. Emanowało z niego jakieś nieopisywalny pozytywizm, mimo sytuacji, w której się znalazł. Odnajdywanie szczęścia w małych rzeczach, prawdziwy epikurejczyk. Swoim żartem powtarzanym w filmie kilka razy zmiękczył moje serce (niestety go tu nie przytoczę, nie chcę psuć przyjemności z oglądania).
Zdjęcia Kamińskiego robiły film. Były naprawdę dobre, świetnie oddawały klimat zimnowojennych stanów i ich kontrast z zimnowojenną Europą środkowo-wschodnią. Muszę się jednak przyczepić do sekwencji z atakiem na samolot, widocznie zabrakło pieniędzy, bo tak złe efekty komputerowe widziałem ostatnio przy okazji Fantastycznej Czwórki (której recenzję znajdziecie też na blogu). Co prawda Mostu Szpiegów nie ogląda się dla efektów komputerowych, ale wiedząc, że będą one tak złe można było sobie pozwolić na ich wycięcie. 
Co do muzyki, to zajął się nią Thomas Newman, który komponował też do nowego Bonda, ale ta, w przeciwieństwie do zwykłego powtarzania znanych bondowych motywów,  była jednak dobra. Budowała napięcie, raz lepiej raz gorzej, ale dawała radę. Kostiumy, charakteryzacja mieszkańców i wszelkiego rodzaju sprzęty były dobierane bardzo skrupulatnie, ale to chyba nic nowego u Spielberga. Czułem się jakbym oglądał faktyczne Stany lat 50-tych i 60-tych kręcone kamerą iMax.
Ten film nie może się nie podobać. To idealnie skrojone kino środka, z którego każdy przecież ma być zadowolony. A to u Spielberga obserwujemy już od dawna, przecież prawie od zawsze stoi w rozkroku między kinem artystycznym a kinem komercyjnym. I ten film w zasadzie jest esencją tego, co w takim kinie jest najlepsze. Niektórzy mogą się jednak zawieźć, bo (co ciekawe) nie ma tu wzruszeń. A jak nie ma w filmie wzruszeń, to przecież jest wyprany z uczuć i nudny. Nie?
Steven Spielberg zrobił naprawdę dobry film o patriotyzmie (tendencję do tego rodzaju filmów możemy obserwować już od jakiegoś czasu, ostatnio przecież Lincoln, wcześniej War Horse). Mimo, że bardzo mi daleko do narodowca, czasem żałuję, że w Polsce nie mamy kogoś, kto tak dobrze oddaje ideę miłości do Ojczyzny. „Tym, co czyni nas Amerykanami jest konstytucja” – te słowa ustami Hanksa wymawia w pewnym momencie sam Spielberg. Zbiegiem okoliczności jest to też fantastyczny komentarz do tego, co dzieje się na naszej scenie politycznej. Ale unikajmy polityki, kochajmy Spielberga. I z Bogiem!




Króciutkie ogłoszenia

Czas na króciutkie ogłoszenia. Jak pewnie zauważyliście blog przeżył gruntowne zmiany. W związku ze zmianą wyglądu domeny powstały różnego rodzaju błędy na stronie, które systematycznie staramy się usuwać, myślę, że w momencie gdy to piszę wszystkie zostały już usunięte, ale może źle patrzę, więc za ewentualne (i rzecz jasna przeszłe) serdecznie przepraszam. Duża w tym zasługa mojego przyjaciela Juliana, który o dziwo prowadzi też kanał na youtube. I o dziwo jest on o filmach. I o dziwo treści, które tworzy są bardzo dobre. Polecam sprawdzenie, bo warto, a jeśli moje słowa was nie przekonują, to możecie to zrobić ze względu na mój dług wdzięczności do niego, w nawiasie link ( https://www.youtube.com/user/plaskikubek ). Oczywiście zachęcam do dyskusji w komentarzach, opinii na temat tekstu, a nawet zwykłego miłego słowa. Myślę, że to przyjemne całkiem. A wiem, że tam jesteście, z dnia na dzień coraz więcej. I wiem, że nie wszyscy jesteście moją mamą. A nawet jeśli – mamo, możesz napisać komentarz jak chcesz. Kocham Cię. Kocham Was. Do przeczytania!

środa, 2 grudnia 2015

"Slow West" reż. John Maclean

Unknown


Slow West  był sporą niespodzianką prawdopodobnie dla wszystkich. Oto z nikąd objawił się John Maclean, Brytyjczyk, który wpadł na pomysł, że w sumie fajnie byłoby zrobić western. Nie słuchał ludzi, gdy mówili mu, że westernów już się nie robi. Nie słuchał ludzi, gdy mówili mu, że Fassbender to może nie najlepszy aktor do grania w westernach. Nie słuchał też ludzi, gdy mówili mu, że lepiej byłoby zrobić zdjęcia do tegoż westernu tam, gdzie zdjęcia do westernów zwykło się robić, czyli w USA. I całe szczęście, bo Slow West jest naprawdę dobrym filmem.

Fabularnie nie jest może zbyt odkrywczy. Mamy tutaj młodego chłopca imieniem Jay Cavendish, który z miłości do niejakiej Rose jedzie do niej na swoim koniu z wysp brytyjskich aż do Ameryki. Po drodze odnajduje Silasa, który para się pracą łowcy głów i który proponuje mu pomoc w przedostaniu się na zachód. Brzmi jak materiał na dobry kontemplacyjny film drogi i po części trochę taki właśnie jest, chociaż najwięcej radości sprawiał mi jednak absurdalny humor, który śmiało porównałbym do tego prezentowanego przez braci Coen (motyw z Indianami, końmi i liną na ubrania sprawił, że turlałem się po ziemi ze śmiechu).

Największym plusem tego filmu są zdecydowanie postaci. Dawno nie oglądałem filmu, w którym mielibyśmy tak bogaty kalejdoskop osobowości jak tutaj. Każda postać jest inna, każdą dobrze poznajemy i każda w jakiś sposób nas intryguje. Macleanowi udało się to, co niestety nie udaje się specom od Avengers, a mianowicie dał radę wykorzystać potencjał drzemiący w każdym z bohaterów. Bo w Avengers to zasadniczo tylko Iron Man jest super. Tutaj super jest każdy. Brawa.

Chłopak grający Cavendisha (niestety ma zbyt skomplikowane nazwisko, by je zapamiętać, sorry stary) całkiem daje radę, udało mu się oddać tę nieporadność angielskich dżentelmenów, ale TO FASSBENDER JEST TUTAJ ŚWIETNY. Ja nie wiem jak ten człowiek to robi, ale widziałem już wiele filmów z nim i w żadnym nie zawodzi – tak samo i tu. Fantastycznie oddał wewnętrzne rozdarcie czy życiowy smutek swojego bohatera, a to spora sztuka. Im więcej oglądam filmów z nim właśnie (dopiero co wróciłem z Makbeta) tym bardziej buduję sobie przeświadczenie, że ten człowiek jest w stanie zagrać wszystko. Więcej takich aktorów, trzymam kciuki na Oskarach Michael!

Kolejną rzeczą dla której warto Slow West zobaczyć są zdjęcia. Podobne nieco do Andersonowskich za punkt honoru obierają sobie: a) ustawić bohatera w centralnej części kadru b)przerysować i wyidealizować cały świat przedstawiony czyniąc go tym samym pięknym i sterylnym, a potem umieszczając w nim ludzi z chęcią mordu zarysowaną na twarzach. Ta niecodzienna zasada kontrastu między czymś czystym i ”brudnym od krwi” jest jednym z wyznaczników stylu tego filmu. Całkiem bardzo to lubię.

Co ciekawe mimo podejmowanej tematyki Slow West nie jest tak naprawdę filmem o zabijaniu i oglądanie go z takim przeświadczeniem może nam odebrać przyjemność z seansu. Nie, to przede wszystkim opowieść o miłości - niecodzienna, zdecydowanie, ale jaka historia o miłości jest codzienna? Jak Maclean przemawia w jednej ze scen ustami głównego bohatera: "Miłość, tak jak i śmierć są uniwersalne. Reżyser dokonał tu trudnej sztuki połączenia obu uniwersalnych spraw. I chwała mu za to.

sobota, 14 listopada 2015

"Steve Jobs" reż. Danny Boyle

Unknown

Mimo usilnych starań aby tak nie było, na temat filmu słyszałem stosunkowo wiele. Szkoda, bo bardzo lubię wiedzieć jak najmniej przed seansem, na który zamierzam pójść. Tutaj zaskakująco aż tak bardzo nie bolały mnie komentarze innych, gdyż opinie były bardzo zróżnicowane – od skrajnie negatywnych po skrajnie pozytywne, chociaż moim zdaniem to wiąże się też z tym jak opiniotwórcy traktują postać samego Jobsa. Mi generalnie film bardzo przypadł do gustu, ale jestem miłośników sprzętów spod znaku jabłka, więc możecie mojej opinii nie traktować jako obiektywnej. Chociaż a) co zamiłowanie do Apple ma wspólnego z opinią filmu b)kto czyta recenzje by usłyszeć obiektywną opinię. Czy opinia w ogóle może być obiektywna? Nie wiem.

Steve Jobs jest przede wszystkim filmem kompletnym i filmem z pomysłem – przez cały czas idzie według wcześniej narzuconego planu nie zostawiając go ani przez chwilę. Bo czym tak naprawdę jest najnowszy film Danny’ego Boyla? Na Jobsa składają się trzy sceny z życia wizjonera i wszystkie trzy odbywają się przed ważnymi prezentacjami tytułowego bohatera: jest więc tu premiera Macintosha, premiera pierwszego tworu firmy NEXT, czyli (prawie) idealnego czarnego sześcianu i na koniec premiera iMaca i wielki powrót Jobsa w glorii i chwale na dyrekora filmy Apple. Cały dwugodzinny film to trzy sceny. I to już jest ciekawe i zarazem odważne; zrobienie biografii, która jest tak naprawdę zabraniem dwóch godzin z życia osoby. Na całe szczęście Boylowi i Sorkinowi wychodzi to fantastycznie. Chociaż nieco mniej pierwszemu niż drugiemu, bo scenariusz jest genialny. Jest mocny oraz nastawiony na długie i świetnie napisane dialogi. Sorkin nie raz zresztą udowodnił, że scenariusz pisać potrafi. I co ciekawe absolutnie każdy dialog do mnie trafiał, każda kłótnia Jobsa z kimkolwiek z jego podwładnych (lub z żoną) wypadała fantastycznie. Nawet motyw relacji z rodziną, choć tak mocno krytykowany przez recenzentów w mojej opinii nie wyszedł źle(KOCHAM TO ZAKOŃCZENIE I MOTYW Z RYSUNKIEM AHHHHH). Świadome ckliwe momenty są przecież super. Mimo całej swojej wspaniałości to nie one jednak są największą siłą Jobsa. Nie są, bo jest nią…

Michael Fassbender. Michael Fassbender, którego uważam za jednego z najlepszych żyjących aktorów przed czterdziestką. Wypadł absolutnie kapitalnie i rewelacyjnie(czyli jeszcze lepiej niż zwykle, a to bardzo wiele). Świetnie uchwycił tę wizjonerskość Jobsa, jego pragnienie wielkości czy nawet (czasami) nieludzkość. Udało mu się oddać prawdziwego Steve’a, takiego, jakim był w rzeczywistości. Jak na razie nie wyobrażam sobie lepszego kandydata do tegorocznych Oskarów niż właśnie on. Zachwycił mnie, bez niego filmu by po prostu nie było. Spisała się też Winslet, grająca Joannę Hoffman; asystentkę Jobsa polskiego pochodzenia. Bardzo podobała mi się ta ich niejednoznaczna relacja, na tyle niejednoznaczna, że mimo wykrzykiwanego czasem kocham nie miałeś bladego pojęcia o tym, co jest między nimi. Pozytywnym zaskoczeniem była rola Wozniaka odgrywana przez Setha Rogena. Zaskoczeniem głównie dlatego, że aktor kojarzy się głównie z występami w głupawych komediach, a tutaj pokazał się z nieco innej, znacznie poważniejszej strony i wyszło mu to (o dziwo!) bardzo dobrze. Duże brawa.

Nie będę się tutaj rozgadywał specjalnie nad pracą kamery (przeskakuje często z postaci na postać) czy nad muzyką (całkiem super brzmi, a piosenka w finale fantastycznie podkreśla nastrój), bo się na tym specjalnie nie znam. Wolę raczej powiedzieć coś o tym, co różni nowego Jobsa od tego sprzed paru lat z Kutcherem. Przede wszystkim twórcy starają się tutaj przedstawić Jobsa takim, jakim był naprawdę. To nie jest kolejny film o introwertycznym geniuszu, który odniósł sukces. Nie, to raczej film o trudnym człowieku i jego trudnych relacjach z innymi. O człowieku, który nienawidząc pracy z ludźmi jednocześnie bardzo jej potrzebuje. A przede wszystkim o człowieku, który mimo że jak to sam mówił „Nie lubił ludzi” był jednak empatycznym człowiekiem i na swój sposób, swój własny pokręcony sposób kochał córkę. Patrzcie szerzej ludzie, to nie film o informatyku-bogu, a o informatyku-człowieku, prawdziwym Stevie Jobsie. I za to należą się twórcom brawa.
Maciej Roch Satora. Obsługiwane przez usługę Blogger.