Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2017

Pokolenie - "20th Century Women" Mike'a Millsa

Malkiem

Wśród tegorocznych nominacji do Oscarów znalazł się film, na który nikt nie zwrócił większej uwagi, nawet przy selekcji, to znaczy 20th Century Women – które teoretycznie szanse miały na nagrodę za najlepszy scenariusz oryginalny. Jakkolwiek zwycięzcy w tej kategorii, Manchester  by the Sea, nie można odmówić niczego, to i najnowsze dzieło Mike’a Millsa zasłużyło na uznanie – nie tylko za świetnie napisane relacje między bohaterami, ale i za dotknięcie tematu, którego kino nie porusza za często, mimo że samo wiele mu zawdzięcza, a mianowicie rewolucji seksualnej, której wpływ na społeczeństwo obserwujemy, śledząc losy bohaterów z trzech różnych pokoleń.
Warto jednak zacząć od tego właśnie słowa – pokolenie – które okazuje się swego rodzaju kluczem do odczytywania 20th Century Women. Mamy rok 1979, Dorothea jest samotną matką dorastającego Jamiego. Jak to zwykle bywa, nie jest pewna, czy czyni to właściwie. Rozumie też, że to okres, w którym nie ona będzie chłopcu najbliższa, wpada więc na pomysł znacznie mniej zwykły – postanawia poprosić o pomoc w wychowaniu syna swoją lokatorkę, Abbie, oraz przyjaciółkę i rówieśniczkę syna, Julie.
Brzmi to wszystko jak fabuła kolejnej komedyjki familijnej, ale patrzenie z tej perspektywy to fatalny błąd. Film faktycznie opiera się poniekąd na schematach z tego gatunku pochodzących, ale pod warstwą humoru, jak zresztą inteligentnego, kryje się o wiele więcej. Mills prezentuje widzowi głęboki dramat, w którym najstaranniej ukrywane uczucia ujawniają się pod pozornie niewinnymi żartami językowymi i to do nas właśnie należy właściwe ich odczytanie – sami bohaterowie rzadko wyrażają je bezpośrednio. W ogóle równowaga między oboma wspomnianymi gatunkami jest utrzymywana w perfekcyjny sposób. Dowcipy (same w sobie śmieszne) niejednokrotnie boleśnie ranią, by znów po chwili powrócić w bardziej emocjonalnej sytuacji i rozładować napięcie – to z kolei sugeruje jednak pewne lekceważenie ze strony postaci, która ten humor wprowadza. Zaskakujące jest też, co może okazać się żartem – prawda jest taka, że wszystko. W poważnej rozmowie na przykład szczera odpowiedź, ale zupełnie niszcząca nadzieje pytającego. Granica między komedią i dramatem praktycznie się zaciera, a widzowi przedstawiona zostaje harmonijna mieszanka – życie. 20th Century Women przypominają pod tym względem liczne filmy Woody’ego Allena. Niczym w Blue Jasmine spod poczucia humoru wyzierają gorycz i niespełnienie, a niepewność i zmienność relacji międzyludzkich prezentowanych z perspektywy dopiero wkraczającego w świat dojrzałych związków Jamiego przywodzi na myśl niedawne Café Society.
Inaczej jednak niż u starszego reżysera, w dziele Millsa wątki romantyczne co najwyżej przewijają się w tle. Twórcy, stawiając na miłość platoniczną, podjęli właściwą decyzję. Pozwala to na skupienie się na tym, co każda z kobiet daje piętnastolatkowi – Abbie wiedzę, Dorothea rodzicielską troskę, a Julie przyjaźń. Dziedziny te pozornie ze sobą nie kolidują, okazuje się jednak, że różnice w poglądach i wieku bohaterek także mają swój wpływ. Związek zresztą między tymi dwiema cechami zostaje wyraźnie podkreślony i uwidacznia się szczególnie w scenie wspólnego posiłku. Kobiety bowiem nie umieją zgodzić się w kwestii, o czym można, a o czym nie należy mówić. Julie, której właściwie całe życie zawarło się w okresie rewolucji seksualnej pragnie wręcz szokować, Abbie, zainteresowana tym zjawiskiem i dobrze zorientowana, nie zna tematów tabu, a przeciwwagę stanowi dla nich Dorothea, jako wychowana w czasach wielkiego kryzysu, która wie, że wiele rzeczy można zachować dla siebie, a i o uczuciach nie należy mówić zbyt otwarcie. Ta różnica zdań doskonale zresztą ilustruje to, co twórcy 20th Century Women chcieli przedstawić – ewolucję społeczeństwa, której tak naprawdę nie ma potrzeby oceniać. Każda z bohaterek ma swoje motywy, każdą można zrozumieć i szanować. Jedyna konkluzja, którą można w tej sytuacji wyciągnąć jest prosta – międzypokoleniowe porozumienie nie w każdej sytuacji jest możliwe i z niego też wynika niejaka płynność relacji. Raz wydaje się, że Jamie i jego matka mają doskonały kontakt, potem jednak okazuje się, że przeciwnie, nie są w stanie się porozumieć. Jamie, co dość przewrotne ze strony reżysera, tłumaczy tę niemożliwość właśnie tym, że Dorothea pochodzi z czasów wielkiego kryzysu – chociaż to tylko usprawiedliwienie braku starań, przed jakim się nas w ten sposób przestrzega.
Zaprezentowanie trzech pokoleń w sposób, w jaki robi to Mills, zbliża film do dokumentu – nie tylko bowiem mamy do czynienia z niejednokrotnie boleśnie realną sytuacją życiową, ale i zastosowana zostaje swoista stylizacja. Opowiadające dalsze losy bohaterów głosy z offu, plansze z datami urodzenia czy wplecione w fabułę archiwalne zdjęcia – to wszystko dodaje filmowi autentyzmu, acz autentyzm to trochę bajkowy – postaci wspominają nawet o swojej śmierci. 20th Century Women pozostawia widza w oszołomieniu. Po opowieści o trzech matkach (chrzestnych) spodziewalibyśmy się (lub chcielibyśmy się spodziewać) disneyowskiego happy-endu. I choć zakończenie okazuje się raczej pozytywne, może wywoływać smutek – za bardzo przypomina o rzeczywistości.
20th Century Women różnią się od innych filmów o dorastaniu, choć może nie jest to ani różnica zbyt oczywista, ani zbyt wielka. Prezentują pełen sprzeczności okres dojrzewania przez sprzeczności właśnie, mieszając dramat z komedią, kontrastując pokolenia i wplatając baśń w dokument. Mimo wszystko jednak wczesna młodość zawsze okazuje się podobna – z tymi samymi rzeczami trzeba radzić sobie po raz pierwszy w każdej epoce, spotykają nas podobne rozczarowania i radości. Na sam film warto jednak zwrócić szczególną uwagę, bowiem poza głównym wątkiem, wybitnie zresztą absorbującym, dostajemy od reżysera wspaniały portret końca lat siedemdziesiątych, z ich nadziejami, społecznymi zmianami i lękami. Zostają nam przedstawione nie tylko fascynujące związki silnych (choć nieco schematycznie napisanych) postaci kobiecych, ale i obezwładniający brak widoków na przyszłość dla każdego, kto zdecyduje się pozostać w małym miasteczku. Poruszane wątki, jeden szczególnie, zyskują nowy kontekst także w realiach polskich – rewolucja obyczajowa (nie używajmy słowa na „s”) nie jest czymś, co nasze społeczeństwo zdążyło przepracować.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Skazani na górze - "Tlen" Iwana Wyrypajewa

Malkiem

Kiedy myślimy o rosyjskim kinie, pierwszym – i często jedynym – co przychodzi nam do głowy są dzieła Andrieja Tarkowskiego, stosunkowo dobrze znanego w Polsce na przykład ze względu na zrealizowaną przezeń adaptację Solaris Lema. Jest to niewątpliwie dobre skojarzenie, bo nikt dziś nie wątpi, że reżyserem był wybitnym, ale tworzył w niezwykłym stylu i to już ładnych parę dziesięcioleci temu. Czy więc fakt, że mało który film rosyjski z ostatnich lat trafił do szerszej publiczności na zachodzie świadczy, że nie pojawiło się nic wartego uwagi?
Założenie takie byłoby dużym błędem w stosunku do czegokolwiek – trudno przecież wiedzieć o wszystkim, co powstało – a w kinematografii rosyjskiej w 2009 roku miał miejsce prawdziwy cud. Brzmi to jak mocna przesada, ale oryginalność wizji Iwana Wyrypajewa w Tlenie jeśli nie w pełni, to przynajmniej częściowo uzasadnia taki patos, stosowany zresztą z dużym powodzeniem przez samego reżysera. Mowa bowiem o powstałym na kilka lat przed międzynarodowym sukcesem Hamiltona innym rapowanym musicalu, który jednak tak wielkiej sławy nie zyskał. Pozorny rozstrzał między formą a treścią okazuje się nawet większy niż u Lin-Manuela Mirandy. Ten sam gatunek muzyczny, tj. kojarzony z nowoczesnością rap, ma szokować – raz połączony z przeciwieństwem tej nowoczesności, historią, raz z religią. To drugie wiąże się z wydarzeniami znacznie dalszymi – tak chronologicznie, jak i tematycznie. Rap nosi pozór prostoty czy wulgarności (w pierwotnym i obecnym znaczeniu tego słowa), a już z całą pewnością przynależy do sfery profanum, której wymieszanie z sacrum jednocześnie zadziwia i zachwyca. Cytaty z Biblii, m.in. dekalog i kazanie na górze nie tylko zostają zaśpiewane w tym rytmie – pod jego wpływem ulegają transformacji, ich znaczenie ewoluuje i zmienia się w sposób postmodernistyczny i groteskowy. Najbardziej oczywiste wystąpienie przeciw któremuś z przykazań okazuje się nie tylko wytłumaczalne czy uprawnione – staje się wręcz konieczne na gruncie tej samej zasady, której powinno przeczyć. Takie mentalne akrobacje są godne podziwu jednocześnie przez trudność zarzucenia czegokolwiek przytoczonemu tokowi rozumowania i to, jak błyskotliwie zabawne się okazuje dla człowieka wychowanego na gruncie kultury chrześcijańskiej, w bezgranicznym (może wręcz przesadnym) szacunku dla przykazań. Wyrypajew idzie też o krok dalej – można wręcz uznać, że na niepowodzenia skazuje narosła przez tysiąclecia, krępująca ludzi tradycja, wynikająca właśnie z tego, co lubimy uznawać za fundament cywilizacji.
W ogóle Tlen prezentuje liczne absurdy współczesności i dość pesymistyczną jej wizję. Punktem wyjścia dla fabuły jest prosta historia miłosna pary zagubionych (jakżeby inaczej) młodych ludzi, kobiety z wielkiego miasta, „o męskim imieniu Sasza” i Sanioka (czyli też Saszy) z małego Sierpuchowa. Przerażający brak perspektyw jawi się wszędzie i nie oddalają go ani palona trawa, ani kolejne romanse. Żadne z bohaterów nie może odetchnąć swobodnie. Poukładane w sposób budzący wątpliwość w następstwo przyczyny i skutku kolejne sceny rozpoczynają się tuż po tym, jak bohater zabija swoją żonę, w której tlenu nie było i... tańczy, bo może związać się z Saszą, w której tlen jest. Na dłuższą metę i to się jednak nie sprawdza, co zostaje nam ujawnione już w pierwszych scenach – tlenem łatwo się zatruć, jeśli wcześniej go brakowało. W rezultacie wszystko prowadzi do zapomnienia, a bohaterowie ze zmienionym wyglądem opowiadają własną historię w trzeciej osobie – „moja znajoma”. Jest to w ogóle pierwotna – jeśli tak to można określić – warstwa filmu, od niej bowiem zaczynamy i prawie wyłącznie tam padają jakiekolwiek słowa. Ta właśnie opowieść ilustrowana jest kolejnymi sekwencjami z wcześniejszego życia obojga Sasz. Akcja tego elementu dzieje się w studiu nagraniowym, co jednocześnie po raz kolejny (i nieszczęśliwie nie ostatni) podkreślać ma „nowoczesność” oraz ukazać kolejny poziom samoświadomości dzieła – w rozmowie zdeprecjonowany zostaje nawet tlen, który jest przecież dominantą całości.
Ciągłe podkreślanie epoki, w której żyjemy, należy do największych wad Tlenu. Jakby nie wystarczył dobór muzyki czy wyraźny podział całości na trzynaście bodajże teledysków – twórcy zdecydowali się dodać także niebieską neonową ramkę wokół obrazu, która nieustannie odwraca uwagę od wydarzeń i często w irytujący sposób gryzie się z kolorystyką i estetyką kadrów. Zdjęcia bywają znakomite, nie wywiera to jednak odpowiedniego wrażenia, bo niesposób się na nich skupić. Zresztą ta teledyskowość i pojawiający się na początku interfejs z tytułami kolejnych kompozycji spełniają swoje funkcje znakomicie – tak samo jak celowo zacinający się  film. Zabieg ten z kolei zwraca uwaga na istotniejsze fragmenty i pozwala skupić się na nowo – bo zdarzają się mimo wszystko momenty, kiedy natłok tekstu sprawia, że łatwo gdzieś odpłynąć myślami.
Poza tymi drobnostkami pojawia się jednak jeszcze jeden kłopot. Mniej więcej w połowie, ni stąd ni zowąd, szaloną miłość porównuje się do islamu, wojen na Bliskim Wschodzie i terroryzmu. Widzimy wówczas archiwalne i nieostre zdjęcia wybuchów, World Trade Center czy czołgów, a na ich tle przewijają się białe napisy, które próbują powiązać ten fragment z pozostałą częścią filmu. Uzasadnienie jest tak samo naciągane jak zwykle, tym razem jednak w zupełnie nieprzekonujący i nieszczególnie śmieszny, mimo że groteskowy, sposób. Nie wiem, czy Tlenowi wyszłoby na dobre usunięcie tego elementu, choć pewne zmiany mogłyby okazać się konieczne – mimo początkowych obietnic dostajemy jednak trochę „wielkomocarstwowego patosu”. Jak widać, są tematy które trudno potraktować z większym dystansem. Pewnie dobrze świadczy o twórcach, że w ten sposób nie radzą sobie oni z nienawiścią. Niedogodność to jednak tylko chwilowa, bo później forma vloga ratuje „konwencję” – nieustannie zresztą łamaną.
Tytuł Tlenu w gruncie rzeczy oddaje charakter filmu. W pewnej chwili widz, przynajmniej przy pierwszym seansie, zwyczajnie porzuca analizowanie, żeby odetchnąć – i taki był zamiar, który reżyser prezentował w wywiadach. Nakładające się na siebie gatunki, tak filmowe, jak i muzyczne zamiast fatalnego dysonansu tworzą w pełni angażującą, spójną całość. Oniryczny surrealizm z elementami animacji, dramat, film zaangażowany, komedia (romantyczna, tak przecież wyeksploatowana), groteska... – niemal w każdej konwencji Tlen radzi sobie równie dobrze, stanowiąc jednocześnie znakomitą rozrywkę i podstawę do refleksji.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Nadeszła jesień i... - "Pora umierać" Doroty Kędzierzawskiej

Malkiem

Do obejrzenia filmu Pora umierać (2007) zachęciły mnie dwie rzeczy – a mianowicie fakt, że główna rola przypadła tu znakomitej Danucie Szaflarskiej, oraz wygląd plakatu. Kiedy przeglądałem filmy z udziałem tej właśnie aktorki, rzucił mi się w oczy dzięki wyrazistemu kolorowi i minimalistycznej stylistyce, symbolicznej i świetnie oddającej charakter dzieła Doroty Kędzierzawskiej, jak się potem okazało. Dość szybko potem dotarłem do tej produkcji, szybko też urządziłem sobie niedługi, bo niespełna dwugodzinny, seans.
I było warto, Pora umierać jest bowiem dziełem interesującym w wielu aspektach, od zdjęć zaczynając, poprzez kreację głównej bohaterki i grę aktorską odtwórczyni tej roli, a na atmosferze całości kończąc. To film o pani Anieli, która po wielu latach usiłowań nareszcie pozbywa się ze swojej starego willi ostatniego z zakwaterowanych po wojnie lokatorów. Spełnienie marzenia nie sprawia jednak, że wszystko zaczyna układać się po jej myśli. Syn i jego rodzina nie chcą się sprowadzić, a sąsiad usiłuje odkupić od staruszki bardzo jej drogi, pełen wspomnień dom. Kobieta jednak nie poddaje się łatwo. Może nie brzmi to jak materiał na mistrzowską fabułę i taka faktycznie nie jest, ale całość utrzymano w idealnej dla tej opowieści tonacji – przyjemnie powolnej i melancholijnej.
Duży wpływ mają tu na pewno czarno-białe zdjęcia, które nadają starej willi niepowtarzalny charakter, razem z uczuciowym stosunkiem bohaterki niemal czyniąc dom kolejną postacią. Mocno oddziałuje także dźwięk, świetnie oddane odgłosy starego budynku, jak np. trzaskanie drewnianych ram okiennych. Słusznie został nagrodzony Złotym Lwem, sam bowiem mógłby zastąpić muzykę, momentami zbyt nachalną (np. w scenie z deszczem, gdzie inne odgłosy wyciszono zupełnie). Jeśli chodzi o pracę kamery – warto zwrócić uwagę na ujęcia parku otaczającego dom,  przyglądanie się im to czysta przyjemność. Widz opuszcza główną bohaterkę z rzadka – widzimy jej reakcje w każdych prawie warunkach, dzięki czemu możemy łatwo wczuć się w jej emocje. Taki sposób kręcenia pomaga, co prawda, w prowadzeniu spójnej narracji, dla aktorki jednak to ogromny wysiłek – każde niemal ujęcie spoczywa na jej barkach. Mimo to, podołała. I to jak!
Najlepszą stroną filmu niewątpliwie jest jej gra aktorska, słusznie nagrodzona Orłem i Złotym Lwem. Wciela się ona w samotną staruszkę, która za jedyne prawdziwe towarzystwo ma swojego psa – Filadelfię. Mimo to, pani Aniela wcale nie jest zgorzkniała, choć czasem ogarnia ją rezygnacja. Poddawanie się jednak nie leży w jej naturze – „Czyś ty zwariowała?”, pyta wtedy samą siebie. Wciąż potrafi cieszyć się drobnymi rzeczami, a do rzeczywistości podchodzi z ironicznym dystansem. Wielkim atutem całego obrazu jest ten właśnie rodzaj poczucia humoru. Szaflarska w każdej scenie wypada perfekcyjnie przekonująco – czy to kiedy próbuje nauczyć czegoś wnuczkę, nie godząc się z jej lekceważącym stosunkiem, czy to kiedy wspomina z radością swoje życie albo decyduje się działać. Sam jej głos wyraża niesamowicie dużo emocji, co szczególnie widać, gdy twarz tężeje z irytacji. Postać również jest realistyczna, częściowo pogrążona w przeszłości, ale stawiająca sobie kolejne cele.
Jeśli chodzi o innych bohaterów, to prawie ich brak. Pojawiają się najwyżej na kilka scen, podczas których zresztą i tak dominuje pani Aniela. Są dość typowi i nie mają raczej rysów charakterystycznych. Mamy sympatycznego łobuza, chciwych bogaczy, niewdzięczną rodzinę i cnotliwych wychowawców. Może nie razi to zbytnio w tym akurat filmie, gdy całą uwagę widzę zabiera hipnotyzująca wręcz Szaflarska. To samo z aktorstwem, mimo że wciąż całkiem dobre, przy odtwórczyni głównej roli wypada blado. Przy okazji omawiania postaci nie sposób nie wspomnieć o psie, który faktycznie okazuje się „najlepszym przyjacielem”, ale w pewnym momencie jest go po prostu za dużo, a skomlenie i szczekanie stają się męczące. W pracy kamery też przeszkadzają zbyt częste zbliżenia na Filadelfię. Abstrahując już od czasu ekranowego, więcej ukazałby pewnie widok całej postawy psa – pysk przecież nie wyraża emocji.
W niektórych momentach wprowadzono obiekty, które można potraktować jako symboliczne, co sugeruje skupiająca się na nich kamera. Nie jest to może zbyt ważne dla całości obrazu, jednak pozwala widzowi na zajmującą zabawę intelektualną. Twórcy pokazują nam to już od pierwszej sceny, gdzie na ścianie, przy zatrzaskiwaniu drzwi, podskakuje krzyż. W tym wypadku, jako kontrast, jest on dość ironiczny – wisi przecież w gabinecie lekarki, która nie okazuje pacjentce nawet odrobiny szacunku. W jednej z dalszych scen pojawia się też jabłko, które główna bohaterka obiera dla syna – niewątpliwie symbol matczynej troski, ale być może także grzechu (jako owoc spożyty przez pierwszych ludzi wbrew zakazowi), jaki popełnia on wobec staruszki? Dość przewrotna za to (mimo że zbyt mocno akcentowana) jest świeca w scenie recytacji Szekspira – wydaje się symbolizować dogasające życie, jednak zdmuchnięta zrywa po prostu z panującą wówczas sakralno-mistyczną atmosferą.
Obraz Pora umierać uznać można za interpretatorskie opus magnum Danuty Szaflarskiej – znanej polskiej kinematografii od  czasu roli w słynnych Zakazanych piosenkach, jednej z najlepszych aktorek filmowych i teatralnych. Po kilkudziesięciu latach aktywnej pracy w zawodzie zagrała w filmie, który od początku do końca opiera się na jej zdolnościach i, mimo że sam w sobie nie jest doskonały, z niezbyt pasjonującą fabułą i stereotypowymi postaciami, to gra odtwórczyni głównej roli utrzymuje go na wysokim poziomie, szczególnie jeśli brać pod uwagę samo polskie kino.

Shame on you, jeśli jeszcze nie widziałeś - "Skam" Julie Andem

Malkiem


Wśród skojarzeń, które budzi w nas Norwegia, znajdzie się raczej surowa natura czy wysoki poziom życia, niż cokolwiek związanego z małym czy dużym ekranem. Ktoś mógłby pewnie (gdyby mu się wyjątkowo poszczęściło) skojarzyć What Does The Fox Say? albo sam zespół Ylvis, który prowadzi zresztą własny talk-show, ale czy tamtejsza telewizja ma do zaoferowania coś więcej? Okazuje się, że owszem i ponoć budzi to wśród Norwegów takie same zdziwienie, jakie wywołałby w Polsce serial TVP zdobywający międzynarodową popularność.

poniedziałek, 3 października 2016

Poetycka psia anatomia - recenzja filmu "Serce psa" Laurie Anderson

Unknown

O nowym filmie Laurie Anderson słyszałem przed premierą naprawdę wiele i wszystkie głosy były raczej pozytywne; nagroda specjalna na festiwalu w Wenecji czy osobista rekomendacja Romana Gutka (gospodarza i fundatora festiwalu Nowe Horyzonty) jedynie potwierdzają wcześniejsze słowa moich znajomych. I jeszcze zanim zacznę ględzić o filmie powiem, że zdecydowanie warto iść i dać te 15 złotych za bilet, bo obraz to naprawdę cudowny, a w dniu premiery na sali oprócz mnie był tylko jeden starszy mężczyzna (co można tłumaczyć zbieżnością daty premiery z „Ostatnią rodziną”).  Ale czym tak właściwie jest „Serce Psa”?

Laurie Anderson znana ze swoich undergroundowych czy wręcz arthouse’owych ciągutek ukazuje nam tu historię bardzo osobistą, a tak naprawdę zapis kilku różnych historii przedstawionych bardzo chaotycznie, całkowicie wyzbytych chronologii czy w ogóle poczucia czasu. Przybliża nam kilka tematów, które wydarzyły się w przeszłości, ale z uwagi na swoją wagę rzutowały na całe późniejsze życie artystki. I nie są to wcale zdarzenia łatwe; wręcz przeciwnie, większość z nich jest na tyle przepełniona bólem i żalem, że zupełnie zacierają pamięć o zdarzeniach bardziej przyjemnych, które reżyserka również przybliża nam w filmie. Seans nie jest jednak wcale bezmyślnym przeglądaniem cudzego pamiętnika; opisywane zdarzenia często są jedynie pretekstem do refleksji, a każda bolesna historia pozostawia furtkę możliwości odniesienia tego do własnego życia. Bo pomimo tego że tak osobiste, historie opowiadane przez Anderson są w pewnym względzie uniwersalne, mówią nam wiele o stracie, strachu czy miłości. I mimo że reżyserka  w swoich rozmyśleniach często zapożycza myśli od filozofów, poetów czy duchownych (motyw buddyjski mocno obecny w życiu Anderson), to jednak kontrastując je ze wstawkami przedstawiającymi jej zmarłego psa grającego na keybordzie tworzy obraz bez najmniejszego cienia pretensji.

Formalnie, tak jak i treściowo jest bardzo różnorodnie; Laurie zdecydowała się na użycie kilku różnych narracyjnych języków, zmieniających się nie tylko podczas przechodzenia do innego tematu, ale także w obrębie tych samych historii. Zobaczymy więc tutaj: archiwalne filmy nagrane przez reżyserkę, ujęcia z miejskich kamer, ciemne impresyjne obrazy malowane pastelami czy też po prostu słowa napisane białą czcionką, pojawiające się i znikające z ciągłą nieregularnością. A wszystko to w akompaniamencie aksamitnego głosu Laurie, ale i muzyki, którą sama na potrzeby filmu stworzyła. 

I mimo, że podczas seansu ciągle bombardowany czasem szokującymi, czasem wzruszającymi, a czasem po prostu zwyczajnymi historiami wciąż chciałem wiedzieć więcej, to z seansu wyszedłem jednak z niezręczną ciszą w głowie, czując się jakbym zza parawanu podglądał czyjeś życie. Ale potem, zaraz za rogiem kinowego barku, naszła mnie myśl, że może Laurie zdaje sobie sprawę z mojej obecności za kawałkiem rozciągniętego materiału i w związku chce mówić o tym życiu właśnie mnie…

wtorek, 19 lipca 2016

Podwójnik #1 [Podwójna recenzja "Iluzja 2" i "Ghostbusters"]

Unknown
Ja wiem, że z moją sumiennością odnośnie bloga bywa różnie. Niemniej jednak wracam, i to w nieco zmienionej formule. Nie jestem jeszcze pewny czy koncepcja się przyjmie i czy teraz właśnie w ten sposób będą wyglądały wszystkie moje recenzje, ale postanowiłem, że od dziś dłuższa recenzja jednego filmu zostanie zastąpiona przez dwie krótsze. Bez dalszych wstępów, pierwszy Podwójnik (nie jestem pewny czy ta nazwa jakkolwiek się utrzyma, zwyczajnie nie byłem w stanie wymyślić niczego lepszego, przepraszam).

 Iluzja 2


Na film zaprowadził mnie bardziej przypadek niż ciekawość, bo po pierwszej średniutkiej części nie miałem specjalnie wiary w jakikolwiek dalszy sukces franczyzy. I dobrze, bo druga odsłona cyklu jedynie powiela błędy poprzednika nie wnosząc specjalnie nic nowego od siebie. I nie wiem sam jak to jest możliwe, bo do już naprawdę niezłej obsady z jedynki dołączają Lizzy Caplan, Daniel Radcliffe, a rola niektórych (Michael Caine) zostaje nawet powiększona. Ale co z tego, jeśli scenariusz drugiej Iluzji wygląda jak dziurawy ementaler, żarty wystrzeliwane z tempem serii z karabinu maszynowego to zwykle puste naboje, a między bohaterami, mimo że czasem napisanymi całkiem nieźle, zupełnie nie iskrzy. Co z tego, że postacie są zabawne, a swoje suche kwestie rzucają w błyskotliwy sposób, jeśli brak między nimi chemii do tego stopnia, że masz wrażenie, że gdyby w połowie jeden z jeźdźców został podmieniony, zasadniczo nie zrobiłoby to wielkiej różnicy dla reszty. Zresztą, jak na film o magikach przystało, sporo mamy tutaj mindfucków, tyle że w większości przez twórców nieplanowanych. I tak, na zarzuty odnośnie braku dramaturgii w pierwszej części twórcy odpowiedzieli pisanym na kolanie, zupełnie nietrzymającym się kupy wątkiem Marka Ruffalo, a finał z wykorzystaniem Morgana Freemana to najbardziej rozpaczliwa próba połączenia ze sobą fabularnych kabelków, jaką w ostatnim czasie w kinie widziałem. Iluzja 2,  jak na ulicznego magika przystało, skupia się jedynie na zaskoczeniu widowni coraz to bardziej nieoczekiwanymi zwrotami akcji, zapominając po drodze, że jest przecież jednak filmem, a nie magikiem.  



Ghostbusters. Pogromcy Duchów


Nowy film z logiem pogromców duchów już przed premierą stał się najbardziej znienawidzonym filmem w ostatnich czasach, pobijając po drodze kilka rekordów, w tym za zdobycie najwięcej łapek w dół pod swoim zwiastunem na serwisie youtube. I faktycznie, pomysł był dosyć kontrowersyjny; Paul Feig podjął się zresetowania (jak się wtedy wydało) kultowej franczyzy tworząc film osadzony w uniwersum z pełnym kobiecym składem. I jedno na wstępie trzeba mu przyznać - film istotnie najgorszy nie był, ale kilka problemów rzecz jasna miał. 

Największym problemem reżysera był chyba brak zdecydowania. Feig nie wiedział do końca, czy faktycznie chce zrobić wszystko od nowa, po swojemu, czy jednak ściśle trzymać się oryginału. W związku z czym otrzymujemy twór bardzo podobny do oryginału, tyle że odświeżony, czy to w sferze bardziej zabawnych żartów (choć większość żenuje niektóre naprawdę dają radę), czy to efektów specjalnych (duchy nareszcie prawdziwie straszą). I wszystko byłoby naprawdę super, tylko że nowi pogromcy nie mają czegoś, za co kochaliśmy starych pogromców. Bohaterów. I nie, nie mówię tego dlatego, że zabrali mi mojego ulubionego aktora z serii (Bill ma co prawda małe cameo, ale nie jest specjalnie zabawne) i teraz się gniewam. Nie, nowym Basterom naprawdę brak pełnokrwistych, wyrazistych bohaterów. Bo mimo że w grupie odnajdują się całkiem nieźle, to jednak brak im uroku. Na całe szczęście, nie wszystkim. Bo o ile Melissa McCarthy znowu gra siebie na autopilocie, Kristen Wiig odtwarza zupełnie niewyrazistą postać, o której za kilka dni zapomnimy, a Leslie Jones to po prostu Leslie Jones (chociaż bez wątpienia zabawna), o tyle pozostała dwójka pogromców to prawdziwe cudo. Autoironiczny Hemsworth bawił w każdej scenie, w której tylko się pojawił, co bardzo cieszy, bo miło że ktoś w tym kiepskim aktorzynie odnalazł spory potencjał komediowy. Jednak wszyscy oni bledną w kontakcie z dr. Holtzmann, prawdopodobnie najbardziej zajebistą postacią kobiecą, jaką w ostatnich czasach mogliśmy widzieć na kinowym, blockbusterowym ekranie.

Ghostbusters, mimo że w całości kiepskie i autotematyczne, daje nam jednak prawdziwe chwile radości, podczas których zamieniamy się na powrót w dzieciaczki odpalające po raz pierwszy starych pogromców (chociażby finałowa scena z udziałem Holtzmann, podczas której obeszły mnie prawdziwe ciarki, albo wybitny komentarz Leslie Jones na koncercie). Trzeba też przyznać, że cudnie zreinterpretował kultowy już utwór z pierwotnego Ghostbusters, który, za każdym razem ciut różny, wkładał w odpowiednie dla podbudowania dramaturgii momenty. Co z tego jednak, jeśli większość sukcesu filmu Feiga jest zasługą odwołań do starych odsłon serii, a nie jego własnej wizji. 

niedziela, 5 czerwca 2016

Czy aby na pewno #WSZYSTKOGRA? - recenzja filmu Agnieszki Glińskiej

Unknown

Zaraz po zakończeniu festiwalu Off Camera w Krakowie postanowiłem, że zbyt wiele widziałem w ostatnim czasie ambitnego kina. Że mam ochotę, że prawdopodobnie będę odczuwał przyjemność, jeśli z premedytacją pójdę na coś złego. Przejrzałem szybko repertuar pobliskiego multipleksu, a ponieważ wcześniej już odhaczyłem „Młodego Mesjasza” (który z plakatów kłamie, że powinien go zobaczyć każdy wierzący, bo moim skromnym zdaniem powinien zobaczyć go każdy ze sporym dystansem do swojej wiary - tyle idiotyzmu dawno nie widziałem w filmie nawiązującym do religijności, a przecież jestem po takich perełkach jak „Bóg nie umarł”) na liście pozostało jedynie #WSZYSTKOGRA - polski musical z doborową obsadą, który wykorzystuje stare (ale też i te nowsze) narodowe przeboje podczas rozwoju fabuły. Pomyślałem „okej, pośmieję się chwilę, bo pewnie dobrze nie wyjdzie”. Nie spodziewałem się jednak, że polska komercja może być aż tak potworna.

Trochę boli mnie fakt, że pieniądze polskich podatników PISF przeznacza na tego typu filmy - Polska naprawdę jest w stanie tworzyć dobre kino, więc takie #WSZYSTKOGRA, które jest w rzeczywistości prościutką historyjką, w którą ktoś wplótł znane piosenki żeby ludzie się cieszyli, wcale ich nie potrzebuje. Trudno mi nawet powiedzieć o czym jest nowy film pani Glińskiej. No bo mamy tu trzy kobiety w jakimś domu, który niby nie należy do nich, ale mieszkają w nim i bardzo oburzone są, że ktoś zamierza je stamtąd eksmitować. Są nimi kolejno: Eliza Rycembel, która jest taką bardzo antysystemową dziewuchą że aż maluje grafiti na murach i z jednej strony ma jechać na jakieś ważne stypendium za granicę, a z drugiej nie jest pewna czy to zrobić. Dalej Kinga Preis, która po całkiem udanym występie w „Córkach Dancingu” najwyraźniej stwierdziła, że musical jest jej konikiem. I fajnie, tylko nie jestem pewien co ona tu robi, bo z plakatów wynika, że to jedna z głównych bohaterek, kiedy Kinga zwyczajnie łazi z miejsca na miejsce, pojawia się w jakichś losowych momentach filmu i krzyczy „Umyjcie te naczynia szarlatany jedne!”. Poza tym wchodzi w najdziwniejszy romans w historii polskiego kina, ale o tym za moment. No i jest babcia, Stanisława Celińska, która z całego tego towarzystwa wychodzi chyba najbardziej prawdziwie, jesteśmy w stanie uwierzyć w jej problemy i przywiązanie do domu, którego nie chce oddać. Co z tego jednak, jeśli reżyserka woli skupić się na tym jaka śmieszna z niej babcia i wrzucać ją w super zabawnych scenkach. Na całe szczęście w środku filmu znajduje się jeden utwór ze wspomnieniami z młodości Celińskiej, co bardzo doceniam, bo scena jest naprawdę udana. 

Myślę, że głównym problemem tego filmu jest obrana musicalowa konwencja. Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć tego posunięcia twórców, bo utwory muzyczne, już pomijając fakt że nie najlepiej zaśpiewane, zupełnie nie pasują do fabuły. Pojawia się dla przykładu scena, w której główna bohaterka wieziona radiowozem śpiewa „ale w koło jest wesoło” na dwa głosy wraz z piłkarzem, który dopiero co odbył nieprzyjemną rozmowę z trenerem. Oprócz tego są okropnie zainscenizowane, zatrudniono tu tancerzy, którzy w tle do śpiewających bohaterów machają rękami i nogami na wszystkie strony bez opamiętania, zupełnie nierytmicznie. Zresztą pal licho rytm, ten taniec jako element tła jest zupełnie zbędny - nie oddaje emocji, ani nie wpływa w żaden sposób na klimat filmu. Nie lepiej jest jednak wcale z animowanymi sekwencjami, które pojawiają się podczas „Metamorfoz” - na ekranie oglądamy cały czas topornie zaanimowane graffiti chodzące po mieście. I tyle. Nie jestem w stanie w ogóle zrozumieć.

Kolejną przywarą są rzecz jasna bohaterowie, bo wcześniej wymienieni nie są w filmie jedyni. Zasadniczo można by wyciąć wszystkie męskie postaci, a film wcale nie straciłby wiele. Bo tak, każda z kobiet (a jakże!) ma swojego mężczyznę. Rycembel towarzyszy jakiś chłopak, który jedyne co robi to denerwuje widza mówiąc głównej bohaterce co jakiś czas: „ale ty jesteś świetna”. Za babcią chodzi wszędzie podchmielony pan Tadzio, który śpi, je i naprawia dach. Jest jeszcze Antoni Pawlicki, który w filmie pojawia się w przypadkowych miejscach i patrzy na wszystkich lodowatym wzrokiem. Ah, i jeszcze Paweł Wawrzecki, aktor ze sporym potencjałem komediowym, znanym przede wszystkim z serialu „Daleko od noszy”, który w filmie ma tylko jedną linijkę: „Dzień dobry”. Serio, zatrudniono tu komika, aktora całkiem zabawnego, żeby przewijał się od czasu do czasu siedząc na ławce w parku i raz powiedział „Dzień dobry”.

Dużo ciekawiej jest jednak z piłkarzem-chłopakiem Kingi Preis, czyli Sebastianem Fabijańskim. Pozwólcie, że zrecenzuję wam rozwój ich romansu. Pierwsza wspólna dla nich scena to impreza charytatywna, na której Kinga Preis mówi do niego: „myślisz że jesteś super?” a Sebastian Fabijański odpowiada: „Znam takie jak ty wiecznie niezadowolone z niczego kobiety”. Druga wspólna scena rozgrywa się w domu rodzinnym kobiet - porwany piłkarz schodzi po schodach, wychodzi z mieszkania i wita się z Kingą obcinającą żywopłot, po czym odchodzi. I wtem następuje trzecia scena, w której śpiewająca piosenkę Kinga idzie przez miasto i śpiewający piosenkę Sebastian też idzie przez miasto, aż spotykają się i zaczynają się całować. Przyrzekam, przedstawiłem w tej chwili rzetelną relację rozwoju miłości. Ja nie mam pojęcia kto na to wpadł, ale jak na podstawie trzech scen po 10 sekund jest się w stanie zbudować jakąkolwiek relacje między głównymi postaciami.

Dla ukazania tym z was, którzy nie widzieli tego filmu i nadal nie wierzą mi w jego infantylność, przytoczę teraz losową sekwencję ze środka filmu. Córka jest tak bardzo nonkonformistyczna, że po raz kolejny maluje rysunki na murach. Zauważa to piłkarz, który chyba dzwoni po policję (możemy się tylko domyślać, bo widzimy go trzymającego telefon przy uchu na balkonie swojego mieszkania) i ta policja przyjeżdża zabierając dziewczyny. Te wychodzą z więzienia i porywają pijanego w trupa piłkarza w ramach kary (?) za to, że zadzwonił. Potem zostawiają go w domu i dzwonią, żeby zażądać okupu, co wychodzi im tak beznadziejnie, że osoba, do której dzwonią, każe im nie robić sobie żartów. W tym momencie piłkarz wychodzi z domu, w którym był więziony i gdzieś sobie idzie. Do dziewczyn pod budką telefoniczną przychodzi Antoni Pawlicki, którego żadna z nich nie widziała nigdy wcześniej i mówi im, że ich więzień uciekł. Kurtyna. 


Wszystkie wspomniane wyżej mankamenty, a dodatkowo nieciekawie zaaranżowane piosenki, najdziwniejsza retrospektywa jaką dane mi było zobaczyć, w której dziadek Pawlickiego i prababka Rycembel grają razem w pokera (reżyser stwierdził, że widz jest idiotą, więc za te role odpowiadają właśnie Pawlicki i Rycembel) czy finał tak głupi i tak bardzo nietłumaczący niczego, tak bardzo niedający rozstrzygnięcia w tym co stało się wcześniej, ten finał, który sprawia, że w zasadzie wszystko co zdarzyło się przedtem jest zupełnie nieistotne. To wszystko powoduje że żałuję, że poszedłem na ten film i nie wyszedłem wcześniej, bo mogłem zrobić w tym czasie znacznie więcej ciekawych spraw jak oglądanie ślimaków przechodzących z jednej strony ulicy na drugą, czy coś. Ja naprawdę wspieram eksperymentowanie w polskim kinie i naprawdę popieram tworzenie polskich musicali. Tylko niech to będą musicale z pomysłem, jak chociażby „Córki Dancingu” Smoczyńskiej, a nie druga „Planeta Singli” z pretekstową fabułką i znanymi wcześniej utworami wrzuconymi w absolutnie losowe miejsca. 

środa, 30 marca 2016

"Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" reż. Zack Snyder

Unknown

Chciałem chwilkę ochłonąć, ale stwierdziłem, że z poczucia obowiązku muszę się przymusić. To, co zobaczyłem na ekranie, prawdopodobnie będzie śniło mi się jeszcze przez sporo czasu. A jak wiadomo, cenię was i nie chcę, żebyście cierpieli po nocach tak samo jak ja. Dlatego wrzucam tą recenzję dzień przed premierą i ostrzegam jednocześnie odradzając płacenia za bilet. Bo jest to prawdopodobnie najgorsza adaptacja komiksu z uniwersum DC Comics wszech czasów.

To niesamowite, że ktoś w ogóle dopuścił do produkcji tego dzieła. To bowiem zupełnie inny przykład złego filmu od „Fantastycznej Czwórki” i nie jestem w stanie porównać ze sobą tych dwóch produkcji w żaden sposób. F4 było słabym filmem na skutek problemów z realizacją, scenariusz był wielokrotnie zmieniany i przepisywany na ostatni gwizdek, żeby z pieniędzy wpakowanych przez Foxa w ogóle coś wyszło. Tu było inaczej. W „Batman v Superman” twórcy do dnia premiery byli pewni, że zrobili film pod każdym względem idealny - ambitny, aspirujący do czegoś więcej niż Marvel, a jednocześnie zrobiony na bogato, ze świetnymi efektami specjalnymi i ekscytującymi jak nic w świecie walkami. Nie udało im się to wcale, jak rozumiecie. Boli mnie jednak sprawa zupełnie inna. W materiałach promocyjnych, na zwiastunach czy plakatach film ten był reklamowany jako wielka epicka walka między dwoma ukochanymi bohaterami uniwersum. Gdyby przeanalizować wszystkie zwiastuny dotąd opublikowane można odnieść wrażenie, że film składa się głównie z sekwencji walki - to Batman tłucze Supermana, to Superman Batmana, ale świetna zabawa! Tymczasem jest zupełnie inaczej; walka między głównymi postaciami stanowi tu raptem 15 (słownie PIĘTNAŚCIE) minut filmu. Filmu przypomnijmy, który trwa 2,5 godziny. Co się dzieje w innych momentach „Świtu sprawiedliwości”? Nie mam bladego pojęcia, bo wydarzenia przedstawione na ekranie są tak chaotyczne i nieuzasadnione, a dodatkowo niesamowicie nieskładne, że nie wiem co chciał mi przez te sekwencje przekazać Zack Snyder. Wiem jednak, że już u świtu (rozumiecie żart?) nowo zaczęte uniwersum ponosi porażkę. I to tak sromotną, że prawdopodobnie z wielką dozą ostrożności pójdę na kolejne, zapowiedziane ze sporym wyprzedzeniem odsłony cyklu, jeżeli w ogóle to zrobię.

Nie mam nawet pojęcia od czego można by zacząć krytyczną analizę tego filmu. To rzecz fatalna w każdym procencie i nie jestem w stanie znaleźć tu żadnego elementu, który wypadłby co najmniej przyzwoicie. „Batman v Superman” jest bowiem niesamowicie głupim, tandetnym i śmiertelnie nudnym obrazem, który nie broni się na żadnej płaszczyźnie. Snyder prawdopodobnie starał się zrobić coś ambitniejszego niż inne filmy z gatunku superhero, jednak troszkę się przeliczył, w rezultacie czego dostajemy dziwaczną hybrydę kiczowatych scen metaforyczno-onirycznych (patrz scena otwarcia z unoszącym się Brucem i nietoperzami) z głupimi kliszami rodem z kina klasy B (patrz wszystkie sceny, w których Superman pojawia się znikąd ratując Amy Adams). Po pierwszej idiotycznej scenie, w której to pracownicy w wieżowcu należącym do Batmana pracują nawet w warunkach wielkiej zagłady miasta, wiedziałem, że nie będzie to specjalnie udany seans. Ale żeby aż tak przy tym idiotyczny?

A idąc dalej jest jeszcze gorzej. Scena, w której Batman i Superman stają się najlepszymi kumplami po tym, jak orientują się, że ich matki noszą to same imię jest już ikoniczna. Zresztą nie ona jedna - jest jeszcze przecież scena, w której Amy Adams wrzuca berło do zbiornika wodnego, żeby po 10-ciu minutach nurkować, żeby je wyjąć. Czemu to zrobiła? Albo scena, w której Superman decyduje się samodzielnie pokonać potwora, mimo że da się go zabić jedynie bronią, która jest szkodliwa JEDYNIE DLA NIEGO. Dlaczego tak zdecydował? No właśnie, cały film zdaje się składać z nielogicznych wyborów i niewyjaśnionych zachowań. Weźmy na przykład plan głównego villaina, Lexa Luthora. Chętnie poszedłbym na ten film drugi raz, byleby tylko zrozumieć, o co mu właściwie chodziło, ale internet w tym względzie zachodzi w głowę mniej więcej podobnie co ja, więc prawdopodobnie sobie daruję. 

Problemem jest też fakt, że brak jakiegokolwiek uzasadnienia dla działań bohaterów nie dotyczy jedynie poszczególnych scen czy czynności, a całego charakteru postaci. Nikt nie ma pojęcia o co chodzi Luthorowi. Nikt nie ma pojęcia, dlaczego Superman nie lubi Batmana (bo jeżeli przyjmiemy argument o treści: „Ten Batman to działa bezprawnie i morduje ludzi”, to Superman jest niesamowitym hipokrytą). Mamy tylko niewielkie pojęcie o motywacjach Batmana, wiemy jednak dlaczego gardzi Supermanem i dlaczego chce go zabić, więc dlaczego rezygnujemy z jedynych uzasadnionych motywacji na korzyść przebaczenia sobie za pomocą jednego, rzuconego w przestrzeń imienia? Swoją drogą można się nawet całkiem pośmiać, gdy założy się, że Superman jest w tym filmie alegorią Jezusa (oczywiście cała teoria bierze w łeb, gdy zaczynamy się zastanawiać co symbolizuje Batman). Tak wiele jest tu bowiem scen tak dosłownych, które to sugerują (dla przykładu nazywanie Supermana fałszywym bogiem, lud, który go nienawidzi i pragnie jego śmierci czy, rzecz jasna, finał), że czasami zastanawiałem się, czy faktycznie nie o to chodziło twórcom, ale jeżeli tak, to ten film jest jeszcze bardziej idiotyczny niż myślałem na początku. 

Aktorsko też nie jest niestety najlepiej. Dostajemy tu na pozór całkiem niezłych aktorów, więc nie mam pojęcia co stało za tak wielką kompromitacją. Najchętniej zrzuciłbym winę na scenariusz, bo może nie do Afflecka, ale do Cavilla moje serce zawsze bije mocno (przypominam, że dalej jest on moim typem do roli nowego Bonda). Tak więc… nie jest najlepiej no. Zacznimy od Afflecka, który dobrym aktorem jak wiemy specjalnie nie jest. Jego rola w tym filmie ogranicza się do bycia napakowanym tajemniczym typem, w związku z czym oglądamy te 2,5 godziny wielkiej krowy, która w stalowej zbroi jest jeszcze większa, i zastanawiamy się o co właściwie chodzi, dlaczego Batman nie jest takim fajnym Batmanem jak zawsze, a jedynie jakimś cieniasem w czarnym kostiumie (bo niestety, tak jak przewidywałem, Batman to znacznie bardziej frajerska postać niż Superman, więc cała jego siła to tak naprawdę rozmaite bronie, którymi próbuje coś komuś zrobić). Nie lepiej jest niestety z Cavillem, który jedyne co tu gra, to mina poważno-smutego Supermana. Tak więc patrzymy jak napompowany tak, że ledwo jest w stanie usiąść, chodzi z miejsca na miejsce z tą swoją jedną miną, od czasu do czasu (Z TĄ SAMĄ MINĄ) ratując jakąś przypadkową Amy Adams. Przypadkową, bo grana przez nią postać nie różni się niczym od postaci z worka podpisanego „DZIEWCZYNY SUPERBOHATERÓW”. Jest tak samo denerwująca, tak samo nie myśli i tak samo mili się do swojego faceta ilekroć ten postanawia wybrać ratowanie jej zamiast ratowania Ziemi. Najmniej zawiedziony jestem chyba Lexem Luthorem, w którego wcielił się Jesse Eisenberg, choć także nie odpowiadał mi on do końca. Był to bowiem jedynie Jesse, ten sam Jesse, co w każdym innym filmie, bo to aktor przecież, który przez całe życie gra dokładnie tę samą rolę (i ja tę rolę zwykle lubię, bo w mniejszej intensywności jest mocno Allenowska). Starał się tu jednak nieco eksperymentować, łącząc swoje bycie Jessem z szaloną osobowością chociażby Ledgerowskiego Jokera. I to jest zarzut od fanów pierwowzoru; Eisenbergowy Luthor wcale nie przypomina Luthora z kart komiksu, co mnie osobiście nie denerwuje aż tak bardzo, aczkolwiek rozumiem narzekania. O grze Gal Gadot nawet nie zamierzam się wypowiadać, bo czuję się oszukany przez twórców ponownie. Na wszelkich plakatach Wonder Woman stoi tuż obok Batmana i Supermana sugerując, że będzie integralną częścią opowiadanej tam historii. W praktyce jednak pojawia się jedynie na 15 minut finałowej walki, nie robiąc w niej zresztą nic specjalnego - z nią czy bez niej dwójka herosów poradziłaby sobie w tym samym stopniu, więc nie rozumiem decyzji o ujawnianiu jej już w tej części serii. Mogli przecież zaczekać aż do „Ligi Sprawiedliwości” ujawniając ją wraz z Aquamanem czy Flashem. 

Biorąc pod lupę film od strony technicznej również nie jest ciekawie - tak drogie i chwalone efekty specjalne nie znalazły za bardzo zastosowania tam, gdzie trzeba. Fajnie, że masa pieniędzy poszła na realistyczne niszczenie miasta w początkowej sekwencji, szkoda jedynie, że scena ta nie wpływa w żadnym stopniu na dalszy rozwój fabuły, więc jest przez publikę odbierana jako coś w stylu „Aha, fajnie że macie takie super efekty, popisujcie się dalej”. Sceny rozrób wyczerpały prawdopodobnie znaczą część tego sporego budżetu sprawiając, że postać Doomsdaya wygląda jak połączenie Shreka z przypadkowym potworem ze Śródziemia Jacksona (to bardzo kuriozalne, że ostatnio wszystkie postacie z członem ”Doom” w nazwie są tworzone za pomocą CGI w tak fatalny sposób). I jak ja mam uwierzyć w takiego potworka? Zdjęcia są oczywistym pójściem na łatwiznę - na kadry miasta nocą nałożyli po prostu filtr o nazwie DEPRESJA.JPG, żeby tylko podkreślić, jak bardzo ich widowiskowy film jest poważny. Przykre jest też, że Hans Zimmer zrobił tak złą muzykę do filmu - w scenach z Batmanem ona jeszcze działa, podkreślając klimat i tajemniczość, ale w większości przypadków jest po prostu źle wklejona do poszczególnych scen, a może nawet źle dobrana. Najbardziej boli to prawdopodobnie w scenie, w której Superman stoi z Amy Adams na balkonie i planuje odlecieć. Smutna dramatyczna muzyka wchodzi dopiero w połowie tej sceny, zupełnie z czapy, wyrywając mnie z zalążków klimatu, który wytworzyła sama sekwencja. No niesamowite, tak zepsuć. 

Nie chcę się już rozwodzić na temat tego, jak fatalnie „Świt Sprawiedliwości” został napisany (jeden jedyny żart na cały film był bardziej sztywny niż bicepsy Supermana). Mam nadzieję jak najszybciej zapomnieć o tym, co ujrzałem w kinie kilka dni temu. Trzymam jedynie kciuki, żeby po fatalnym świcie nie nastał szybko zmierzch, taki w klimatach pani Meyer. Mówiąc całkiem serio, oglądając sad Afflecka przed seansem było mi aż przykro, że tak wiele osób poniosło porażkę franczyzy, na którą liczyłem. Teraz jestem zwyczajnie zażenowany ich zachowaniem i próbami bronienia filmu w tak infantylny sposób, jaki to robią. Ludzkość aż taka głupia nie jest, by nazwać białe czarnym. I (mam nadzieję) by nazwać „Batman v Superman” dobrym filmem.

poniedziałek, 14 marca 2016

"Ona" reż. Spike Jonze

Unknown

To całkiem niesamowite, jak w obecnych czasach „Her” jest aktualny, mimo że przecież opowiada on o przyszłości. Naprawdę, po pierwszym seansie byłem tak oczarowany, a sam film wpłynął na mnie tak mocno, że płakałem w kącie z bezsilności. I wiecie co moi mili? Po szóstym seansie jest dokładnie tak samo.

Na samym początku byłem zaskoczony, że Jonze zrobił film tak prosty - nie ma tu wielu wysublimowanych metafor czy wręcz nagminnego w jego filmach ”udziwnienia”. Możliwe, że wspomniane ”udziwnienie” jest efektem stałej współpracy z Charliem Kaufmanem, a gdy ten postanowił nie brać udziału w tworzeniu romansu ze sztuczną inteligencją w roli głównej, kolega Spike rozłożył skrzydła. I wyszło mu to, szczerze mówiąc na dobre, bo „Her” jest dzięki temu najprawdziwszym filmem ostatnich lat.

Ale od początku. Film opowiada historię miłości między introwertycznym zawodowym pisarzem listów, a bardziej rozbudowanym odpowiednikiem Siri, która gości w sprzętach firmy Apple każdego z nas. Brzmi dziwnie? Może, ale zasadniczo wcale nie jest - obie postacie są bowiem poprowadzone i napisane w tak dobry sposób, by każdy z nas był w stanie w ich problemy i radości uwierzyć. W dodatku - hej! - jesteśmy w stanie nawet zrozumieć głównego bohatera, a jego moralnie wątpliwe motywacje zaakceptować i uznać za jedyne słuszne. I nie jest to rzecz jasna jedynie zasługa (wybitnego skądinąd) scenariusza. Joaquin Phoenix z cudnym wąsem kreuje tu postać tak głęboką i niejednoznaczną, tak zamkniętą w sobie i jednocześnie otwartą na świat, że trudno uwierzyć, że nikt nie nagrodził go żadną statuetką. To samo tyczy się Scarlett Johansson, która grając samym głosem tworzy prawdziwszą postać kobiecą, od niejednej hollywoodzkiej aktorki grającej bardziej ”standardowo”. I to właśnie jest chyba najbardziej niesamowite w „Her” - Samantha (bo tak na imię ma Siri) nie jest jedynie zwykłym urządzeniem jak tablet czy komputer. Nie, potrafi ona znacznie więcej, to twór w wielu aspektach doskonalszy niż człowiek, twór potrafiący jednocześnie chłonąć tysiące kilobajtów wiedzy i wchodzić w relacje oparte na silnym uczuciu emocjonalnym (jak miłość chociażby). Mimo jednak, że w wielu aspektach góruje nad przeciętnym człowiekiem, nie jest w stanie go całkowicie zastąpić, co reżyser świetnie ukazuje w najlepszym zakończeniu, jakie potrafię sobie wyobrazić dla tego filmu. 

Nie chcę jednak, żeby wyglądało na to, że film opiera się jedynie na nich - mimo, że drugiego planu jest tu dość niewiele, to jednak inne postacie dostają swoje kilka scen, w których wypadają w większości kapitalnie. Są to przede wszystkich bohaterowie, którzy zostali umiejętnie i rozmyślnie wprowadzeni, głównie dla lepszego sportretowania Phoenixa. Mamy więc tu na przykład Olivię Wilde, która mimo jednej sceny doskonale puentuje charakter Joaquina jako „miłego szczeniaczka”, czy byłą żonę głównego bohatera (w tej roli Rooney Mara, która przecież, jak wiemy, wszędzie wypada kapitalnie), której racjonalność i dojrzałość można spokojnie skontrować do lekkiej dziecinności i naiwności Phoenixa. 

Dzięki małemu budżetowi nie doświadczymy tu wielu niesamowitych futurystycznych elementów dekoracyjnych, ale prawdopodobnie o to właśnie chodziło. Jedynymi elementami scenografii są tu zazwyczaj puste pokoje, różowe koszule i idealne wąsy na twarzy głównego bohatera. Nigdy nie słyszałem tak dobrze napisanej muzyki i naprawdę zdziwiłem się, gdy się dowiedziałem, że za melancholijne brzdąknięcia pianina odpowiada krypto-rockowy zespół Arcade Fire. Niesamowite co stworzyła ta fantastyczna grupa z Kanady, ich aranżacje są bardzo poruszające i świetnie portretują uczucia głównego bohatera. Do teraz zdarza mi się puścić sobie co lepsze fragmenty soundtracku z „Photograph” i „Song on the beach” na czele. Myślę, że są to potwornie dojrzałe utwory, które mimo swojej prostoty są w stanie ukazać niesamowicie wiele. 

Dzieło Joneza broni się (jak zwykle) mnogością możliwych interpretacji. Bo „Her” możemy odebrać jako oryginalne science-fiction, niecodzienny romans czy po prostu opowieść o samotności człowieka w świecie zdominowanym przez technologię. I niezależnie od interpretacji - po seansie i tak będziecie odczuwać stan obcowania z czymś niesamowitym. I, mam nadzieję, płakać w kącie wraz ze mną.

środa, 2 marca 2016

"El Clan" reż. Pablo Trapero

Unknown

Tegorocznym zdobywcą Srebrnego Lwa za reżyserię w Berlinie interesowałem się już od jakiegoś czasu. Z wielu powodów, poza wcześniej wspomnianym lwem, film może się także szczycić zdobyciem prestiżowej Goyi, a na pozycji producenta zasiada chyba najznakomitszy hiszpański reżyser, Pedro Almodovar. Nie zawiódł mnie, w żadnym aspekcie.

„El Clan” traktuje o pewnej rodzinie mafijnej w Argentynie. Akcja filmu przypada na okres reformacji, wątki polityczne, mówiące o ciągłej zmianie władzy z demokratycznej na totalitarną są tu bardzo wyraźnie zaznaczone. Główny bohater, boss mafii Puccio to podstarzały już bezwzględny porywacz, który, jak utrzymuje przez cały film, najbardziej troszczy się o własną rodzinę. Skojarzenia z „Ojcem Chrzestnym” są tu jak najbardziej na miejscu; rzeczywiście klan Puccio, podobnie jak Corleone, specjalizuje się w morderstwach, ale także licznych porwaniach, na których to głównie rodzina się bogaci. Przedstawione są w tak niesamowity sposób, że aż trudno się nadziwić. Ale o tym za moment.

Na czele klanu stoi papa Arquimedes - człowiek, który dla społeczności miasta jest przede wszystkim poczciwym staruszkiem, od czasu do czasu zasuwającym z miotłą przed swoim sklepem z akcesoriami sportowymi. To jednak tylko pozory; w gruncie rzeczy bowiem to ucieleśnienie bezwzględnego mordercy i człowieka, który wszystkich trzyma w ryzach, ze swoją rodziną na czele. Z wojskowym zacięciem ojca kontrastuje najstarszy syn familii, Alejandro, który jawi się nam jako karny i zawsze posłuszny romantyk. Nie interesują go ojcowskie interesy, marzy bowiem, aby zostać znanym sportowcem, do czego zresztą ma wszelkie predyspozycje, bo w swoim małym mieście odnosi już spore sukcesy. Pewnego dnia jednak poznaje dziewczynę, dla której chce porzucić rodzinne zajęcie i uwolnić się od zmory mafii. Na tej właśnie linii, ojciec - syn, będą się rozgrywały wydarzenia, stanowiące główną oś filmu - psychologiczną rozgrywkę między nimi.

„El Clan” jest obrazem prawdziwej historii, która w Argentynie odbyła się w latach 80-tych. Reżyser w fantastyczny sposób przenosi nas do Ameryki Łacińskiej w okres reformacji. Okres, w którym rodzina klasy średniej ”dorabiała” sobie porywając i mordując co istotniejsze jednostki miastowej społeczności. I to całkiem niesamowitej rodziny - cały drugi plan bowiem, w myśl zasady „ja nic nie wiem”, zajmował się własnymi sprawami dobrze się bawiąc, czy leżąc przed telewizorem, gdy z piwnicy dochodziły krzyki torturowanych. Iście niesamowite sceny. Główny bohater czuje się tu niesamowicie bezkarny, mając wtyki w najwyższych sferach państwowych dobrze wie, że może sobie pozwolić na wszystko. Reżyser nie serwuje nam jednak pełnej dosłowności makabry na ekranie - nie, Pablo Trapero sprawnie łączy tragiczny realizm sytuacji z pewną dozą ironii i lekkości, wpasowując dla przykładu radosne utwory takich klasyków jak The Kinks, w sceny masakry czy porwań. Mamy więc tu także masę scen sytuacyjnego humoru, na których śmiejemy się jednak nerwowo, wiedząc dobrze, że nie jest to w żaden sposób moralnie właściwe.

Na pozytywny odbiór filmu wpływa jednak zdecydowanie więcej - jest to przede wszystkim wybitna wręcz kreacja Guilerma Francelli. Człowiek ten wchodzi całkowicie w rolę szefa mafii, który mimo szczytnych ideałów, w gruncie rzeczy okazuje się myśleć jedynie o swoich interesach. Duże brawa należą się także odtwórcy roli jego syna, młodego Petera Lanzaniego, który fantastycznie pokazał nam na ekranie swoje wewnętrzne rozdarcie między rodziną a ukochaną. Ale na tym nie koniec - wartkie dialogi, niepretekstowa fabuła czy klimatyczne kadry są kolejnymi powodami, dla których na pewno warto „El Clan” zobaczyć.

Trapero obrazuje nam jednak znacznie więcej, niż jedynie nieetyczne praktyki rodziny Puccio. Film próbuje tutaj rozliczyć Amerykę Łacińską lat 80-tych z okresu bezkarności i ulicznej anarchii. Kreuje rzeczywistość, w której pistoletem dało się załatwić wszystko i, jeśli miałeś znajomości, było to traktowane jako całkowicie normalne. Obrazuje to naprawdę wiele scen, jak chociażby te, w których Arquimedes denerwuje się na syna, że nie pomógł mu tego dnia w ”interesach”, co ma chyba oczywistą wymowę. Rzeczywistość wykreowana przez Trapero wydaje się niesamowicie odrealniona i abstrakcyjna dla współczesnego człowieka. I jest to chyba dobrym znakiem na przyszłość. 

sobota, 27 lutego 2016

Złoty Astronauta - Top 10 najlepszych filmów 2015

Unknown

Z końcem lutego nadchodzi czas podsumowań. Każde zgrupowanie, każdy krytyk czy też zwykły zjadacz popcornu w związku z końcówką roku wystawia swoje nagrody za najlepszy film roku. Stwierdziłem, że nie mogę być gorszy i po raz pierwszy w historii oddam nagrodę (rzecz jasna jedynie w moim umyśle) w ręce twórców obrazu, który najbardziej podobał mi się w tym roku. I właśnie, „podobał”, bo przy doborze filmów do tego rankingu kierowałem się jedynie sercem. Nie bierzcie więc do siebie bardzo tych nagród, bo jedyny czynnik, który na nie wpływa to moja subiektywna opinia. Zaznaczmy też, że w konstruowaniu go brałem jedynie pod uwagę filmy, które swoją polską premierę miały połowie lutego 2015 roku, głównie po to, by uniknąć zamieszczania na listę oskarowych zwycięzców z zeszłego roku. Ah, i jeszcze jedno. W tym rankingu nie będzie pełnych recenzji, a jedynie kilka zdań o każdym filmie, żebyście co nieco się orientowali. Dlaczego? Cóż, nawet teraz te jedynie kilka zdań o każdym filmie zajmuje mi 3,5 kartki A4, więc tworzenie recenzji każdego z nich a) trwałoby wieczność b) byłoby po prostu nieinteresujące i bezsensowne. Niektóre z tych filmów (dwa) doczekały się pełnoprawnej recenzji na blogu i tam właśnie odsyłam wszelkich zainteresowanych obiema produkcjami, jeżeli chcą dowiedzieć się co dokładnie o nich sądzę. Przejdźmy więc do rankingu, ale zanim to się stanie, poproszę o wielkie brawa dla: „Ex Machiny”, „Co robimy w ukryciu”, „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” oraz „Earl, ja i umierająca dziewczyna”, które o włos nie zmieściły się na rankingu, a są pozycjami równie dla mnie ważnymi, a dodatkowo fantastycznymi dziełami, o których niektórzy mogli nie słyszeć. Czas więc przyznać pierwszego w historii Złotego Astronautę!

10. Pokój


Wyobraźcie sobie, że od dziecka żyjecie w kilkumetrowym pokoju zupełnie z niego nie wychodząc. Urodziliście się w nim, przeżyliście wszystkie ważne chwile i, co najważniejsze, pokój ten jest dla was całym światem. Nie wiecie o istnieniu czegokolwiek poza nim. Niesamowita wizja, nieprawdaż? Cóż, o tym właśnie opowiada „Room” Lenny’ego Abrahamsona i robi to w iście fantastyczny sposób. Mimo całkiem odrealnionego pomysłu, film mówi nam o wielu bardzo przyziemnych sprawach, męczących codziennie każdego z nas. Dodatkowo na ekranie mamy przyjemność podziwiania nominowanej do Oskara Brie Larson i niestety nienominowanego Jacoba Tremblaya, który jest prawdopodobnie najlepszym dziecięcym aktorem jakiego kiedykolwiek widziałem. Serio, ten duet aktorski to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w tym roku. Dawno nie widziałem tak prawdziwej i naturalnej pary aktorów, którzy tak rewelacyjnie dopełnialiby się nawzajem. Iście psychologiczna i emocjonalna podróż w dywanie. Czym prędzej sprawdźcie. 


9. W głowie się nie mieści


Nie od dziś wiadomo, że Pixar robi (obok studia Ghibli) najmądrzejsze animacje na świcie. „Inside Out” jest jednak ich najbardziej niesamowitym dziełem od lat, podnoszącym poprzeczkę tak wysoko, jak jeszcze nigdy nikomu się nie udało. Pozwala nam on bowiem wejść do wnętrza głowy nastoletniej Riley, w której to pięć emocji kieruje całym jej życiem i odpowiada za wszystkie czynniki jej funkcjonowania. W opowieść wchodzimy podczas przeprowadzki Riley - zmiana otoczenia jest dla niej, a więc także dla jej emocji, zupełnie nową sytuacją, z którą nie wie, jak sobie poradzić. Na skutek różnych zawiłości, zwykle dominująca w jej głowie Radość oraz Smutek znikają z centrali dowodzenia. Od tego momentu fabuła jest trzyczęściowa: obserwujemy próby powrotu dwóch emocji do centrali, skołowane i niepotrafiące ze sobą współpracować trzy pozostałe emocje, kierujące działaniami Riley, oraz samą Riley, która przez ubytek radości i smutku nie jest w stanie funkcjonować normalnie. Mimo prostej fabuły jest to naprawdę poruszająca historia i jednocześnie próba wyjaśnienia dzieciakom, jak działa ich mózg w łatwy do przyswojenia sposób. Pomijając to, jest także pięknie zaanimowanym i wybitnie napisanym filmem z prostym, lecz dającym do myślenia morałem, jak to zawsze u Pixara. 

8. Pentameron


Jestem niesamowitym fanem kina włoskiego - mówiąc to mam na myśli i to starsze z Fellinim na czele, a także to nowsze z Sorrentino. Nic więc dziwnego, że wybrałem się na „Pentameron”, czyli tegoroczny film Matteo Garrone, twórcy słynnej „Gomory”. Tym razem włoski twórca zabiera się za coś, co zupełnie odbiega od jego wcześniejszego dorobku - serwuje nam bowiem trzy przeplatające się ze sobą baśniowe historie. Robi to w fantastyczny, tradycyjny sposób, przywodzący na myśl oryginalne dzieła braci Grimm. „Pentameron” jest powiewem świeżości w zwietrzałym już kinie fantasy, mającym głównie do zaproponowania nowe pozycje ze stajni Disneya. To piękna, ale zarazem bardzo brutalna baśń, pełna niesamowitych i magicznych elementów, służących jedynie jako metafora czegoś znacznie większego. Możemy tu doświadczyć masy nawiązań, które z ekranu będą wylewały się wraz z pięknymi, robiącymi ogromne wrażenie kadrami. W dodatku to pierwszy film Garrone produkowany w stanach, możemy się więc spodziewać fantastycznego aktorstwa w wykonaniu chociażby Salmy Hayek. Niesamowicie piękne ujęcie średniowiecznej baśni. Brawa. 

7. Kingsman: Tajne służby


Powiedzmy na wstępie - od Kingsmana nie oczekiwałem absolutnie niczego. Poszedłem na ten film głównie dlatego, bo miałem masę wolnego czasu i nie za wiele do roboty. Było to jednocześnie moje pierwsze zderzenie z Matthewem Vaughnem, więc nie miałem pojęcia, czego mam się spodziewać. Dostałem jednak najlepszy film szpiegowski od lat. I to nie żart. Adaptacja kontrowersyjnego komiksu o tym samym tytule, góruje znacząco nad najnowszymi Bondami i filmami z cyklu Mission Impossible, głównie dzięki swojej lekkości i niesamowicie zabawnym żartom - jest to przecież powrót do korzeni kina szpiegowskiego, gdzie nikt nie próbował udawać, że to, co się dzieje na ekranie jest realistyczne i prawdziwe. To naprawdę niesamowite kino akcji pełne abstrakcyjnych gadżetów czy masy trafionego nieoczywistego humoru, który czasem może zaboleć. Absurdalna fabuła, niesamowicie nakręcone sceny walki (wystarczy zobaczyć chociaż scenę w kościele), czy fantastyczny Colin Firth, który mimo bycia angielskim gentelmanem, jak nakazuje jego emploi, jest jednocześnie niesamowicie sprawnym agentem, sprawiają, że „Kingsman” w tym roku ląduje na miejscu siódmym. O Boże, zabrzmiałem chyba jak prowadzący z listy przebojów Eski.

6. Zjawa


Starałem się robić wszystko, by uniknąć pakowania tu zeszłorocznego fenomenalnego zresztą „Birdmana” od Inarritu… Nie przewidziałem jednak, że rok później ten meksykański reżyser nakręci kolejny wielki film, który kolejny raz rozkocha w sobie jury Akademii. Mowa rzecz jasna o „Zjawie”. Jego nowy film jest tak naprawdę kinem zemsty osadzonym w XIX wieku w zimnych stanach Ameryki. Na ekranie możemy doświadczyć fantastycznego Leonarda Di Caprio, który prawdopodobnie w tym roku wreszcie dostanie Oskara. Jest faktycznie bardzo dobry, a poświęcenie dla roli widać tu w każdej scenie (najbardziej prawdopodobnie w tej, gdzie zjada surową wątrobę bawoła). Poza nim w filmie widzimy masę innych rewelacyjnych kreacji, za które odpowiadają Tom Hardy, Will Poulter czy Domhall Gleeson, jednak to nie oni są tu główną zaletą. Niewątpliwie najbardziej w „Zjawie” zachwycają zdjęcia Lubezkiego, który drugi rok z rzędu pracuje u boku Inarritu i drugi rok z rzędu robi niesamowitą robotę. Piękne górskie zimowe kadry są tu czymś, co można chłonąć nawet dłużej niż te prawie trzy godziny filmu i właśnie dla nich warto na „Zjawę” pójść do kina. Najlepiej z dużym ekranem. 

5. Mad Max: Na drodze gniewu


Zaraz po seansie byłem niesamowicie zaskoczony, co zrobił ze mną ten film. Dzięki zastosowaniu efektów kaskaderskich i odejściu w znacznej mierze od tych komputerowych, Millerowi udało się stworzyć tak fantastyczne kino, że nie mogłem wyjść z podziwu. Każdy kolejny film z efektami komputerowymi wydawał mi się zbyt sztuczny, natomiast każdy kolejny, który używał efektów naturalny wydawał mi się marną imitacją i zżynką z Millera. Scenariusz „Mad Maxa” nie ma wiele do zaoferowania: nie ma tu nagłych zwrotów akcji, fabuła opiera się na jechaniu w jedną stronę przez pustynię, by potem zawrócić, a główny bohater praktycznie nic nie mówi. Dostarcza nam on jednak masę dobrej zabawy spowodowanej widokiem rozwalających się aut, czy podziwianiu Charlize Theron w roli jednej z najciekawszych postaci kobiecych ostatnich lat. Furiosa jest jednocześnie niesamowicie głęboką kobietą i feministycznym ideałem wielu jednostek (w tym mnie). Nie ma co ukrywać - Miller kupił mnie w tym roku i byłbym zachwycony ze zgarnięcia przezeń wszystkich statuetek w kategoriach technicznych. I w tej reżyserskiej, co jak wiadomo się nie stanie, ale warto mieć marzenia. 

4. Głosy


Czy ktokolwiek słyszał o tym filmie? Cóż, ja też nie, zanim kilka tygodni temu nie dorwałem go w jednym z serwisów VOD. Skłoniło mnie do tego przede wszystkim nazwisko Ryana Reynoldsa (tak, to gość od Deadpoola), ale też Marjane Satrapi, irańskiej reżyserki znanej szerszej publiczności prawdopodobnie z „Persepolis”, będącego adaptacją komiksu, który z kolei jest adaptacją jej przeżyć związanych z Iranem. Historia „Głosów” traktuje o cierpiącym na schizofrenię pracowniku fabryki, który ma osobliwą przypadłość rozmawiania ze swoimi zwierzętami. Pewnego dnia decyduje się zabić swoją znajomą, jej ciało pokroić, umieścić w pudełkach, a głowę trzymać w lodówce i rozmawiać z nią w trudnych chwilach. Absurdalna fabuła jest tu jedynie pretekstem do jednego z najlepszych portretów psychopaty w świecie kina kiedykolwiek. Masa humoru często zamienia się w gorycz, a nasz śmiech zawsze jest nieco nerwowy, bo dobrze wiemy, że nie powinno nas bawić to, co widzimy na ekranie. Fantastyczny Reynolds, fantastyczny scenariusz - zobaczcie.

3. Młodość


Po tak wielkim arcydziele, jakim było „Wielkie Piękno” Sorrentino serwuje nam coś bardziej przystępnego, lecz nie mniej egzystencjalnego - mamy tu bowiem historię dwójki podstarzałych artystów, którzy spotykają się w hotelu w górach, by przedstawić nam ich niesamowicie różny pogląd na życie, śmierć, starość, czy wiele innych. Nie zamierzam się tu wiele rozwodzić, bo pełną recenzję młodości możecie znaleźć na blogu, kilka postów wcześniej. Powiem jedynie, że podobnie jak „Wielkie Piękno”, „Młodość” jest niesamowicie inteligentnym i dojrzałym portretem tego, co męczy każdego z nas, z równie pięknymi zdjęciami i świetnym soundtrackiem.

2. Carol


Nie inaczej jest z „Carol”, której recenzję też możecie znaleźć na blogu, do czego zachęcam, bo rozwodził się tu drugi raz za bardzo nie będę. Jest to historia homoseksualnego związku dwóch kobiet w latach 50-tych XX-ego wieku. Świetna muzyka, ładne zdjęcia przenoszące nas w XX wiek, masa emocji, niezrozumienie, niedopowiedzenie, smutek, radość oraz Rooney Mara w czapce św. Mikołaja - to wszystko znajdziecie w „Carol”. I spróbujcie się tu nie zakochać.

1. Sól Ziemi


Jestem tak samo zaskoczony jak wy. Serio, tworząc tę listę sam nie wiedziałem, który film znajdzie się na miejscu pierwszym. Okazało się, że jest to najnowszy dokument mojego ulubionego reżysera, twórca moich ukochanych filmów jak chociażby „Paryż, Teksas”, Wima Wendersa. Przy pomocy Juliano Salgado stworzył tak naprawdę dwugodzinny pokaz slajdów zdjęć, które wykonywał ojciec tego drugiego. A są to zdjęcia iście niesamowite, przed seansem radziłbym przygotować się na spory szok, bo są to rzeczy wyciągające z pewnej sfery komfortu. Widzimy tam na przykład martwe dzieci z otwartymi oczami, bo z zamkniętymi nie trafiłyby do nieba, ludzkie ciała na ulicach Sarajewa, wygłodzone afrykańskie dzieci umierające na pustyni z wycieńczenia. Obok nich, prawdopodobnie aby nas nie zdołować do końca, reżyser pokazuje nam jednak obrazy zawierające uśmiechające się foki czy tańczących niskich Indian z Amazonii. Wszystkie piękne, wszystkie czarno-białe i wszystkie opatrzone komentarzem fotografa; celnymi uwagami i zapisem wspomnień z wielu podróży, które odbywał, by te zdjęcia robić. Jak dla mnie najbardziej poruszający film roku i prawdopodobnie najlepszy film dokumentarny, jaki w życiu widziałem. No i rzecz jasna szczęśliwy zdobywca Złotego Astronauty za seozn filmowy 2015-2016. 



Maciej Roch Satora. Obsługiwane przez usługę Blogger.