Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oskary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oskary. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2016

"Ona" reż. Spike Jonze

Unknown

To całkiem niesamowite, jak w obecnych czasach „Her” jest aktualny, mimo że przecież opowiada on o przyszłości. Naprawdę, po pierwszym seansie byłem tak oczarowany, a sam film wpłynął na mnie tak mocno, że płakałem w kącie z bezsilności. I wiecie co moi mili? Po szóstym seansie jest dokładnie tak samo.

Na samym początku byłem zaskoczony, że Jonze zrobił film tak prosty - nie ma tu wielu wysublimowanych metafor czy wręcz nagminnego w jego filmach ”udziwnienia”. Możliwe, że wspomniane ”udziwnienie” jest efektem stałej współpracy z Charliem Kaufmanem, a gdy ten postanowił nie brać udziału w tworzeniu romansu ze sztuczną inteligencją w roli głównej, kolega Spike rozłożył skrzydła. I wyszło mu to, szczerze mówiąc na dobre, bo „Her” jest dzięki temu najprawdziwszym filmem ostatnich lat.

Ale od początku. Film opowiada historię miłości między introwertycznym zawodowym pisarzem listów, a bardziej rozbudowanym odpowiednikiem Siri, która gości w sprzętach firmy Apple każdego z nas. Brzmi dziwnie? Może, ale zasadniczo wcale nie jest - obie postacie są bowiem poprowadzone i napisane w tak dobry sposób, by każdy z nas był w stanie w ich problemy i radości uwierzyć. W dodatku - hej! - jesteśmy w stanie nawet zrozumieć głównego bohatera, a jego moralnie wątpliwe motywacje zaakceptować i uznać za jedyne słuszne. I nie jest to rzecz jasna jedynie zasługa (wybitnego skądinąd) scenariusza. Joaquin Phoenix z cudnym wąsem kreuje tu postać tak głęboką i niejednoznaczną, tak zamkniętą w sobie i jednocześnie otwartą na świat, że trudno uwierzyć, że nikt nie nagrodził go żadną statuetką. To samo tyczy się Scarlett Johansson, która grając samym głosem tworzy prawdziwszą postać kobiecą, od niejednej hollywoodzkiej aktorki grającej bardziej ”standardowo”. I to właśnie jest chyba najbardziej niesamowite w „Her” - Samantha (bo tak na imię ma Siri) nie jest jedynie zwykłym urządzeniem jak tablet czy komputer. Nie, potrafi ona znacznie więcej, to twór w wielu aspektach doskonalszy niż człowiek, twór potrafiący jednocześnie chłonąć tysiące kilobajtów wiedzy i wchodzić w relacje oparte na silnym uczuciu emocjonalnym (jak miłość chociażby). Mimo jednak, że w wielu aspektach góruje nad przeciętnym człowiekiem, nie jest w stanie go całkowicie zastąpić, co reżyser świetnie ukazuje w najlepszym zakończeniu, jakie potrafię sobie wyobrazić dla tego filmu. 

Nie chcę jednak, żeby wyglądało na to, że film opiera się jedynie na nich - mimo, że drugiego planu jest tu dość niewiele, to jednak inne postacie dostają swoje kilka scen, w których wypadają w większości kapitalnie. Są to przede wszystkich bohaterowie, którzy zostali umiejętnie i rozmyślnie wprowadzeni, głównie dla lepszego sportretowania Phoenixa. Mamy więc tu na przykład Olivię Wilde, która mimo jednej sceny doskonale puentuje charakter Joaquina jako „miłego szczeniaczka”, czy byłą żonę głównego bohatera (w tej roli Rooney Mara, która przecież, jak wiemy, wszędzie wypada kapitalnie), której racjonalność i dojrzałość można spokojnie skontrować do lekkiej dziecinności i naiwności Phoenixa. 

Dzięki małemu budżetowi nie doświadczymy tu wielu niesamowitych futurystycznych elementów dekoracyjnych, ale prawdopodobnie o to właśnie chodziło. Jedynymi elementami scenografii są tu zazwyczaj puste pokoje, różowe koszule i idealne wąsy na twarzy głównego bohatera. Nigdy nie słyszałem tak dobrze napisanej muzyki i naprawdę zdziwiłem się, gdy się dowiedziałem, że za melancholijne brzdąknięcia pianina odpowiada krypto-rockowy zespół Arcade Fire. Niesamowite co stworzyła ta fantastyczna grupa z Kanady, ich aranżacje są bardzo poruszające i świetnie portretują uczucia głównego bohatera. Do teraz zdarza mi się puścić sobie co lepsze fragmenty soundtracku z „Photograph” i „Song on the beach” na czele. Myślę, że są to potwornie dojrzałe utwory, które mimo swojej prostoty są w stanie ukazać niesamowicie wiele. 

Dzieło Joneza broni się (jak zwykle) mnogością możliwych interpretacji. Bo „Her” możemy odebrać jako oryginalne science-fiction, niecodzienny romans czy po prostu opowieść o samotności człowieka w świecie zdominowanym przez technologię. I niezależnie od interpretacji - po seansie i tak będziecie odczuwać stan obcowania z czymś niesamowitym. I, mam nadzieję, płakać w kącie wraz ze mną.

sobota, 27 lutego 2016

Złoty Astronauta - Top 10 najlepszych filmów 2015

Unknown

Z końcem lutego nadchodzi czas podsumowań. Każde zgrupowanie, każdy krytyk czy też zwykły zjadacz popcornu w związku z końcówką roku wystawia swoje nagrody za najlepszy film roku. Stwierdziłem, że nie mogę być gorszy i po raz pierwszy w historii oddam nagrodę (rzecz jasna jedynie w moim umyśle) w ręce twórców obrazu, który najbardziej podobał mi się w tym roku. I właśnie, „podobał”, bo przy doborze filmów do tego rankingu kierowałem się jedynie sercem. Nie bierzcie więc do siebie bardzo tych nagród, bo jedyny czynnik, który na nie wpływa to moja subiektywna opinia. Zaznaczmy też, że w konstruowaniu go brałem jedynie pod uwagę filmy, które swoją polską premierę miały połowie lutego 2015 roku, głównie po to, by uniknąć zamieszczania na listę oskarowych zwycięzców z zeszłego roku. Ah, i jeszcze jedno. W tym rankingu nie będzie pełnych recenzji, a jedynie kilka zdań o każdym filmie, żebyście co nieco się orientowali. Dlaczego? Cóż, nawet teraz te jedynie kilka zdań o każdym filmie zajmuje mi 3,5 kartki A4, więc tworzenie recenzji każdego z nich a) trwałoby wieczność b) byłoby po prostu nieinteresujące i bezsensowne. Niektóre z tych filmów (dwa) doczekały się pełnoprawnej recenzji na blogu i tam właśnie odsyłam wszelkich zainteresowanych obiema produkcjami, jeżeli chcą dowiedzieć się co dokładnie o nich sądzę. Przejdźmy więc do rankingu, ale zanim to się stanie, poproszę o wielkie brawa dla: „Ex Machiny”, „Co robimy w ukryciu”, „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” oraz „Earl, ja i umierająca dziewczyna”, które o włos nie zmieściły się na rankingu, a są pozycjami równie dla mnie ważnymi, a dodatkowo fantastycznymi dziełami, o których niektórzy mogli nie słyszeć. Czas więc przyznać pierwszego w historii Złotego Astronautę!

10. Pokój


Wyobraźcie sobie, że od dziecka żyjecie w kilkumetrowym pokoju zupełnie z niego nie wychodząc. Urodziliście się w nim, przeżyliście wszystkie ważne chwile i, co najważniejsze, pokój ten jest dla was całym światem. Nie wiecie o istnieniu czegokolwiek poza nim. Niesamowita wizja, nieprawdaż? Cóż, o tym właśnie opowiada „Room” Lenny’ego Abrahamsona i robi to w iście fantastyczny sposób. Mimo całkiem odrealnionego pomysłu, film mówi nam o wielu bardzo przyziemnych sprawach, męczących codziennie każdego z nas. Dodatkowo na ekranie mamy przyjemność podziwiania nominowanej do Oskara Brie Larson i niestety nienominowanego Jacoba Tremblaya, który jest prawdopodobnie najlepszym dziecięcym aktorem jakiego kiedykolwiek widziałem. Serio, ten duet aktorski to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w tym roku. Dawno nie widziałem tak prawdziwej i naturalnej pary aktorów, którzy tak rewelacyjnie dopełnialiby się nawzajem. Iście psychologiczna i emocjonalna podróż w dywanie. Czym prędzej sprawdźcie. 


9. W głowie się nie mieści


Nie od dziś wiadomo, że Pixar robi (obok studia Ghibli) najmądrzejsze animacje na świcie. „Inside Out” jest jednak ich najbardziej niesamowitym dziełem od lat, podnoszącym poprzeczkę tak wysoko, jak jeszcze nigdy nikomu się nie udało. Pozwala nam on bowiem wejść do wnętrza głowy nastoletniej Riley, w której to pięć emocji kieruje całym jej życiem i odpowiada za wszystkie czynniki jej funkcjonowania. W opowieść wchodzimy podczas przeprowadzki Riley - zmiana otoczenia jest dla niej, a więc także dla jej emocji, zupełnie nową sytuacją, z którą nie wie, jak sobie poradzić. Na skutek różnych zawiłości, zwykle dominująca w jej głowie Radość oraz Smutek znikają z centrali dowodzenia. Od tego momentu fabuła jest trzyczęściowa: obserwujemy próby powrotu dwóch emocji do centrali, skołowane i niepotrafiące ze sobą współpracować trzy pozostałe emocje, kierujące działaniami Riley, oraz samą Riley, która przez ubytek radości i smutku nie jest w stanie funkcjonować normalnie. Mimo prostej fabuły jest to naprawdę poruszająca historia i jednocześnie próba wyjaśnienia dzieciakom, jak działa ich mózg w łatwy do przyswojenia sposób. Pomijając to, jest także pięknie zaanimowanym i wybitnie napisanym filmem z prostym, lecz dającym do myślenia morałem, jak to zawsze u Pixara. 

8. Pentameron


Jestem niesamowitym fanem kina włoskiego - mówiąc to mam na myśli i to starsze z Fellinim na czele, a także to nowsze z Sorrentino. Nic więc dziwnego, że wybrałem się na „Pentameron”, czyli tegoroczny film Matteo Garrone, twórcy słynnej „Gomory”. Tym razem włoski twórca zabiera się za coś, co zupełnie odbiega od jego wcześniejszego dorobku - serwuje nam bowiem trzy przeplatające się ze sobą baśniowe historie. Robi to w fantastyczny, tradycyjny sposób, przywodzący na myśl oryginalne dzieła braci Grimm. „Pentameron” jest powiewem świeżości w zwietrzałym już kinie fantasy, mającym głównie do zaproponowania nowe pozycje ze stajni Disneya. To piękna, ale zarazem bardzo brutalna baśń, pełna niesamowitych i magicznych elementów, służących jedynie jako metafora czegoś znacznie większego. Możemy tu doświadczyć masy nawiązań, które z ekranu będą wylewały się wraz z pięknymi, robiącymi ogromne wrażenie kadrami. W dodatku to pierwszy film Garrone produkowany w stanach, możemy się więc spodziewać fantastycznego aktorstwa w wykonaniu chociażby Salmy Hayek. Niesamowicie piękne ujęcie średniowiecznej baśni. Brawa. 

7. Kingsman: Tajne służby


Powiedzmy na wstępie - od Kingsmana nie oczekiwałem absolutnie niczego. Poszedłem na ten film głównie dlatego, bo miałem masę wolnego czasu i nie za wiele do roboty. Było to jednocześnie moje pierwsze zderzenie z Matthewem Vaughnem, więc nie miałem pojęcia, czego mam się spodziewać. Dostałem jednak najlepszy film szpiegowski od lat. I to nie żart. Adaptacja kontrowersyjnego komiksu o tym samym tytule, góruje znacząco nad najnowszymi Bondami i filmami z cyklu Mission Impossible, głównie dzięki swojej lekkości i niesamowicie zabawnym żartom - jest to przecież powrót do korzeni kina szpiegowskiego, gdzie nikt nie próbował udawać, że to, co się dzieje na ekranie jest realistyczne i prawdziwe. To naprawdę niesamowite kino akcji pełne abstrakcyjnych gadżetów czy masy trafionego nieoczywistego humoru, który czasem może zaboleć. Absurdalna fabuła, niesamowicie nakręcone sceny walki (wystarczy zobaczyć chociaż scenę w kościele), czy fantastyczny Colin Firth, który mimo bycia angielskim gentelmanem, jak nakazuje jego emploi, jest jednocześnie niesamowicie sprawnym agentem, sprawiają, że „Kingsman” w tym roku ląduje na miejscu siódmym. O Boże, zabrzmiałem chyba jak prowadzący z listy przebojów Eski.

6. Zjawa


Starałem się robić wszystko, by uniknąć pakowania tu zeszłorocznego fenomenalnego zresztą „Birdmana” od Inarritu… Nie przewidziałem jednak, że rok później ten meksykański reżyser nakręci kolejny wielki film, który kolejny raz rozkocha w sobie jury Akademii. Mowa rzecz jasna o „Zjawie”. Jego nowy film jest tak naprawdę kinem zemsty osadzonym w XIX wieku w zimnych stanach Ameryki. Na ekranie możemy doświadczyć fantastycznego Leonarda Di Caprio, który prawdopodobnie w tym roku wreszcie dostanie Oskara. Jest faktycznie bardzo dobry, a poświęcenie dla roli widać tu w każdej scenie (najbardziej prawdopodobnie w tej, gdzie zjada surową wątrobę bawoła). Poza nim w filmie widzimy masę innych rewelacyjnych kreacji, za które odpowiadają Tom Hardy, Will Poulter czy Domhall Gleeson, jednak to nie oni są tu główną zaletą. Niewątpliwie najbardziej w „Zjawie” zachwycają zdjęcia Lubezkiego, który drugi rok z rzędu pracuje u boku Inarritu i drugi rok z rzędu robi niesamowitą robotę. Piękne górskie zimowe kadry są tu czymś, co można chłonąć nawet dłużej niż te prawie trzy godziny filmu i właśnie dla nich warto na „Zjawę” pójść do kina. Najlepiej z dużym ekranem. 

5. Mad Max: Na drodze gniewu


Zaraz po seansie byłem niesamowicie zaskoczony, co zrobił ze mną ten film. Dzięki zastosowaniu efektów kaskaderskich i odejściu w znacznej mierze od tych komputerowych, Millerowi udało się stworzyć tak fantastyczne kino, że nie mogłem wyjść z podziwu. Każdy kolejny film z efektami komputerowymi wydawał mi się zbyt sztuczny, natomiast każdy kolejny, który używał efektów naturalny wydawał mi się marną imitacją i zżynką z Millera. Scenariusz „Mad Maxa” nie ma wiele do zaoferowania: nie ma tu nagłych zwrotów akcji, fabuła opiera się na jechaniu w jedną stronę przez pustynię, by potem zawrócić, a główny bohater praktycznie nic nie mówi. Dostarcza nam on jednak masę dobrej zabawy spowodowanej widokiem rozwalających się aut, czy podziwianiu Charlize Theron w roli jednej z najciekawszych postaci kobiecych ostatnich lat. Furiosa jest jednocześnie niesamowicie głęboką kobietą i feministycznym ideałem wielu jednostek (w tym mnie). Nie ma co ukrywać - Miller kupił mnie w tym roku i byłbym zachwycony ze zgarnięcia przezeń wszystkich statuetek w kategoriach technicznych. I w tej reżyserskiej, co jak wiadomo się nie stanie, ale warto mieć marzenia. 

4. Głosy


Czy ktokolwiek słyszał o tym filmie? Cóż, ja też nie, zanim kilka tygodni temu nie dorwałem go w jednym z serwisów VOD. Skłoniło mnie do tego przede wszystkim nazwisko Ryana Reynoldsa (tak, to gość od Deadpoola), ale też Marjane Satrapi, irańskiej reżyserki znanej szerszej publiczności prawdopodobnie z „Persepolis”, będącego adaptacją komiksu, który z kolei jest adaptacją jej przeżyć związanych z Iranem. Historia „Głosów” traktuje o cierpiącym na schizofrenię pracowniku fabryki, który ma osobliwą przypadłość rozmawiania ze swoimi zwierzętami. Pewnego dnia decyduje się zabić swoją znajomą, jej ciało pokroić, umieścić w pudełkach, a głowę trzymać w lodówce i rozmawiać z nią w trudnych chwilach. Absurdalna fabuła jest tu jedynie pretekstem do jednego z najlepszych portretów psychopaty w świecie kina kiedykolwiek. Masa humoru często zamienia się w gorycz, a nasz śmiech zawsze jest nieco nerwowy, bo dobrze wiemy, że nie powinno nas bawić to, co widzimy na ekranie. Fantastyczny Reynolds, fantastyczny scenariusz - zobaczcie.

3. Młodość


Po tak wielkim arcydziele, jakim było „Wielkie Piękno” Sorrentino serwuje nam coś bardziej przystępnego, lecz nie mniej egzystencjalnego - mamy tu bowiem historię dwójki podstarzałych artystów, którzy spotykają się w hotelu w górach, by przedstawić nam ich niesamowicie różny pogląd na życie, śmierć, starość, czy wiele innych. Nie zamierzam się tu wiele rozwodzić, bo pełną recenzję młodości możecie znaleźć na blogu, kilka postów wcześniej. Powiem jedynie, że podobnie jak „Wielkie Piękno”, „Młodość” jest niesamowicie inteligentnym i dojrzałym portretem tego, co męczy każdego z nas, z równie pięknymi zdjęciami i świetnym soundtrackiem.

2. Carol


Nie inaczej jest z „Carol”, której recenzję też możecie znaleźć na blogu, do czego zachęcam, bo rozwodził się tu drugi raz za bardzo nie będę. Jest to historia homoseksualnego związku dwóch kobiet w latach 50-tych XX-ego wieku. Świetna muzyka, ładne zdjęcia przenoszące nas w XX wiek, masa emocji, niezrozumienie, niedopowiedzenie, smutek, radość oraz Rooney Mara w czapce św. Mikołaja - to wszystko znajdziecie w „Carol”. I spróbujcie się tu nie zakochać.

1. Sól Ziemi


Jestem tak samo zaskoczony jak wy. Serio, tworząc tę listę sam nie wiedziałem, który film znajdzie się na miejscu pierwszym. Okazało się, że jest to najnowszy dokument mojego ulubionego reżysera, twórca moich ukochanych filmów jak chociażby „Paryż, Teksas”, Wima Wendersa. Przy pomocy Juliano Salgado stworzył tak naprawdę dwugodzinny pokaz slajdów zdjęć, które wykonywał ojciec tego drugiego. A są to zdjęcia iście niesamowite, przed seansem radziłbym przygotować się na spory szok, bo są to rzeczy wyciągające z pewnej sfery komfortu. Widzimy tam na przykład martwe dzieci z otwartymi oczami, bo z zamkniętymi nie trafiłyby do nieba, ludzkie ciała na ulicach Sarajewa, wygłodzone afrykańskie dzieci umierające na pustyni z wycieńczenia. Obok nich, prawdopodobnie aby nas nie zdołować do końca, reżyser pokazuje nam jednak obrazy zawierające uśmiechające się foki czy tańczących niskich Indian z Amazonii. Wszystkie piękne, wszystkie czarno-białe i wszystkie opatrzone komentarzem fotografa; celnymi uwagami i zapisem wspomnień z wielu podróży, które odbywał, by te zdjęcia robić. Jak dla mnie najbardziej poruszający film roku i prawdopodobnie najlepszy film dokumentarny, jaki w życiu widziałem. No i rzecz jasna szczęśliwy zdobywca Złotego Astronauty za seozn filmowy 2015-2016. 



niedziela, 14 lutego 2016

"Carol" reż. Todd Haynes

Unknown

„EJ MACIEK, TY STARY MALKONTENCIE, WEŹ TY OCEŃ W KOŃCU JAKIŚ FILM POZYTYWNIE, A NIE CAŁY CZAS NARZEKASZ” - te słowa pewnie cisną się na usta każdego z was, drodzy czytelnicy. Prawdopodobnie zwłaszcza w sezonie oskarowym, bo to właśnie teraz każdy twierdzi, że złotego ludzika powinien dostać inny film i mógłby zabić za jakąkolwiek krytykę dla swojego ukochanego filmu. I tak, nie będę ukrywał, że w kinie nie łatwo jest mnie zachwycić czy złapać za serce, a momenty większego zaangażowania dla historii i problemów bohaterów nie zdarzają mi się ostatnio często, ale hej. Udało się. Widziałem to wczoraj. Niezwykłe doświadczenie. Panie i panowie - „Carol”.

Zacznijmy może od tego, że na film czekałem dosyć długo - głównie przez Rooney Marę w obsadzie (już wyjaśniam - jeżeli chodzi o aktorów i aktorki, jest trójka, których niemiłosiernie uwielbiam - Rooney Mara, Anne Hathaway i Bill Murray. Nie wiem dlaczego akurat ta trójka, w każdym razie po prostu samo patrzenie na nich sprawia, że jest mi ciepło na serduszku). Sam punkt wyjściowy jest zresztą intrygujący - dostajemy tu historię homoseksualnego związku przykładnej matki rodziny z młodą sprzedawczynią ze sklepu z lalkami, w połowie lat 50-tych. Mimo tego jednak nie nastawiałem się specjalnie na film - jasne, chciałem, żeby był dobry i jasne, kupiłem te bilety na przedpremierę, ale jedyne czego oczekiwałem, to po prostu poprawny film obyczajowy. Jak bardzo byłem zaskoczony, gdy z seansu wychodziłem w stanie, w jakim dawno nie znalazłem się po obejrzeniu ”romansidła”.

”Romansidła”, bo film też z typowym romansem nie ma wiele wspólnego. Cała namiętna relacja między Marą a Blanchett jest wygrana na malutkich scenach, gdzie obie panie czasem ”przypadkowo” muskają się dłońmi czy prowadzą dwuznaczne dialogi. I to chyba w „Carol” jest najpiękniejsze - jego prostota w obrazowaniu miłości, ujęcie związku jako pewnego procesu, a nie pierwszego pocałunku po pięciu minutach filmu i krzyczeniu „JESTEŚMY RAZEM, SŁUCHAJCIE!!!”. Nie, jakiekolwiek przełamanie w relacji następuje tak naprawdę sporo za połową seansu, do tej pory czerpiemy ogromną przyjemność z ich kontaktu, którego sami nie jesteśmy w stanie zdefiniować, co więcej - obie bohaterki też nie są w stanie. 

Właśnie, bohaterki, bo przecież bez nich nie kochałbym tak bardzo tego filmu - mowa tu rzecz jasna o Rooney Marze i Cate Blanchett. Patrząc na nie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszego castingu do tych ról. Z jednej strony mamy wyśmienitą jak zwykle Cate, grającą naprawdę fenomenalnie pociągłą i stonowaną kobietę, przykładną matkę, a jednocześnie rozdartą emocjonalnie lesbijkę, bo co tu dużo mówić, ciężar jej położenia przygniata nas wszystkich na sali. Z drugiej jednak jest Rooney Mara i… po tym filmie stwierdziłem, że nigdy w życiu nie widziałem tak uroczej kobiety. Naprawdę, może i aktorsko nie dorównywała starszej koleżance (co chyba jest też winą scenariusza, jej postać najzwyczajniej w świecie była nieco mniej tragiczna w tej historii), ale nadrabiała wszystko wdziękiem, zakochiwałem się w jej prozaicznych ruchach i gestach, zatracałem w głębi oczu… okej, zakończmy te miłosne zachwyty, bo pisałbym o niej do rana. W każdym świetnym rozwiązaniem byłyby dwa Oskary, marzę o jednym, a nie dostanę najprawdopodobniej żadnego. Oj, Akademio.

Niemniej dobry okazał się sam skrypt, na bazie którego aktorki zbudowały swoje postacie. Niepewna siebie i swoich uczuć Mara i doświadczona Blanchett zostały napisane naprawdę dobrze, nie ma tu co prawda wielu ostrych jak cięcie nożem wymian zdań, a całe piękno relacji jest budowane raczej na niedopowiedzeniach, ale w filmie jest masa fantastycznych scen. No i nie zapominajmy o świetnej fabularnej klamrze i drastycznej przemianie bohaterek, co tak dobrze widać w jednej z ostatnich scen w restauracji (zresztą scenie, która jest także pierwszą). 

Nieco mniej zachwycił mnie drugi plan, ale po prostu biorę to jako wizję reżysera. Prawie wszystkie postacie mijane przez nasz duet są absolutnie nijakie i bezpłciowe, ale chyba zamysłem było stworzenie tła, który jest właśnie tłem służącym do mijania. Jakkolwiek to głupio brzmi, mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Z tych wszystkich postaci wybija się co prawda Sarah Paulson, grająca ciotkę Abby, ale też nie jestem w stanie ocenić jej gry, bo postać na samym ekranie jest tylko przez kilka scen, mimo tego jak istotna jest dla samej Carol. 

Ze spraw bardziej technicznych - byłem zachwycony scenografią. Piękne stroje z epoki czy wystawy sklepowe tak bardzo przeniosły mnie w tamten świat, że po seansie zapragnąłem kupić sobie to zabawne nakrycie głowy z pomponem, które Mara nosiła na okrągło czy też stary aparat, którym mógłbym robić tak cudne zdjęcia. Mam też dziwne wrażenie, (a widać to chyba najlepiej na napisach początkowych) że film był kręcony w jakiś inny sposób, może to kwestia ustawienia kamery, może samej kamery, a może po prostu filtrów, w każdym razie czułem się, jakbym faktycznie oglądał film z epoki, nieopowiadający o dawnych czasach, a po prostu w dawnych czasach nakręcony. Jak mówię, taka obserwacja, zwłaszcza na początku, dała mi niesamowicie wiele frajdy i pozytywnie nastawiła na film. Nie zapominajmy też o muzyce, oj tak, muzyka była fantastycznie napisana, sprawiała jedynie, że jeszcze bardziej rozpływałem się w każdym czerwono-zielonym kadrze, że jeszcze bardziej podobał mi się ten romans, że Mara była jeszcze bardziej urocza w czapce mikołaja.

I ja wiem, że „Carol” może się wielu nie podobać przez powolne tempo rozwoju bohaterek (bo nie ukrywajmy, w tym filmie, jak w „Zjawie”, za wiele się nie dzieje), albo przez temat, który sobie obiera, a nawet przez zbyt hollywoodzkie zakończenie i ja to całkiem szanuję. Niemniej jednak nie było w tym roku filmu, w którym zakochałbym się tak bardzo, jak w „Carol” właśnie. I nie było w tym roku filmu, w którym Rooney Mara wyglądała aż tak uroczo. I może właśnie dlatego warto jest biec go zobaczyć, jak już za miesiąc dostanie się do polskich kin. 


P.S. Scena łóżkowa też jest całkiem okej.


czwartek, 11 lutego 2016

"Spotlight" reż. Tom McCarthy

Unknown

Oskarowy sezon zaczął się na dobre, co oznacza (dla mnie i dla was mam nadzieję) jeszcze więcej czasu spędzonego na salach kinowych. Ah, zapach popcornu, miękkość foteli i ogólny gwar zachwytów zmieszany z gwarem niezadowoleń. Tym razem oba gwary były porównywalnie głośne. Dlaczego? Cóż, „Spotlight”.

Film opowiada nam historię śledztwa prowadzonego przez dziennikarzy gazety Boston Globe w roku 2001, odnoszącego się do spraw molestowań nieletnich przez księży. Dzielni dziennikarze z sekcji Spotlight, będącą zasadniczo swoistym biurem detektywistycznym, starają się zebrać wszelakie potrzebne materiały dowodowe i w jakiś sposób może nawet „uratować” miasto (Boston bowiem był i dalej jest niesamowicie katolickim miastem amerykańskim).

Film możemy na wstępie przyrównać do wcześniej recenzowanego przeze mnie „The Big Short” - oba dzieła bowiem łączy misja, dla jakiej zostały stworzone. Moim głównym problemem jest jednak fakt, że nie zostały one zrobione w podobny sposób. Nie zrozumcie mnie źle - absolutnie nie chciałbym mieć dwóch jednakowych filmów w oskarowym starciu, skądże. Po prostu odnoszę wrażenie, że reżyser nie mógł się zdecydować w jakim stylu historia powinna zostać opowiedziana. Z jednej strony można „Spotlight” odbierać jako film dokumentalny, który stara się w miarę rzetelnie opowiedzieć całą tę tragiczną historię. Niestety, zawiera on zbyt wiele środków, którymi posługuje się film fabularny. Co dla mnie osobiście jest troszkę rozczarowujące, bo wydaję mi się, że gdyby twórcy zdecydowali się pozbawić obraz zupełnie niepotrzebnych uwag na temat spraw wiary (WIARY podkreślam, nie kleru), wyszłoby mu to na dobre. O czym mówię? Cóż, w filmie występuje masa uwag i zgrań zupełnie zbędnych, jak chociażby scena, gdzie kilkoro ludzi zapytanych o wiarę odpowiada: „Kiedyś wierzyłem, ale po tym co zaszło już nie jestem w stanie”, albo scena, w której wnuczka podsuwa ultrakatolickiej babci gazetę z artykułem mówiącym o 1000 ofiar molestowań w Bostonie, a na babcinej twarzy widzimy wyraz bólu i niedowierzania. Jasne, rozumiem o co chodziło twórcom, mieli zamiar pokazać jak bardzo ta informacja wstrząsnęła mieszkańcami Bostonu, ale naprawdę nie uważam, że sceny te były scenami koniecznymi dla wydźwięku filmu. Szczerze mówiąc wydawały mi się mocno zbędne i włożone tam na siłę. 

Z drugiej jednak strony nie jestem w stanie tegoż filmu uznać za bardzo dobry film fabularny - za mało dowiadujemy się o głównych bohaterach, nie wiemy o nich nic, poza tym, że pracują razem w gazecie. Po prostu jesteśmy wrzuceni w już rozpoczętą historię, w którą na początku trudno nam wejść i obserwujemy tych ludzi tak jakby z boku, jedynie jako dziennikarzy. Możliwe, że był to celowy zabieg reżysera, ale niesamowicie mnie denerwowało, że przez nierozwijanie wątków bazujących na relacjach bohaterów, do połowy filmu nie znałem imion poszczególnych dziennikarzy ze Spotlight. 

Niemniej jednak mimo uwierających mnie wad, „Spotlight” oglądało mi się naprawdę nieźle. Po pewnym czasie, zamiast film o sprawie molestowań nieletnich przez kler, zacząłem traktować historię jako po prostu relację z pracy gazety. Wtedy już potrafiłem bardziej uwierzyć w tę opowieść i pozwoliłem porwać się historii. Właśnie „porwać się historii”, bo ten film zasadniczo stoi jedynie nią. I nie uważam tego za kolejny zarzut, bo mając tak mocny temat trudno było sprawić, żeby to nie ona była najmocniejszym punktem tegoż filmu. „Spotlight” powinno się traktować jako próbę zrelacjonowania nam wydarzeń z 2001 roku i wojnę gazety z kościołem, a niekoniecznie pełnoprawny film fabularny, bo na emocjach bohaterów film skupia się bardzo rzadko. I gdy dojdzie do nas, że to najlepsza droga do polubienia tego filmu - spędzimy miło i przyjemnie te 2,5 godziny w kinie.

Pod względem realizacyjnym twórcy dali sobie radę - mimo, że od 2001 roku nie dzieli nas wiele czasu, da się jednak wyczuć, że starano się dobrać wszystko, aby faktycznie pasowało (chociażby komputer, w którym by przybliżyć obraz należy kręcić gałkami). Widać także, że starano się, aby scenariusz był jak najbardziej rzetelny. Prace nad wszelkiego rodzaju szczegółami dotyczącymi osi fabularnej trwały ponoć rok, twórcy mieli dodatkowy mobilizator w postaci lęku przed pozwami z Watykanu. Dzięki temu mamy pewność, że cała opowieść, ze wszystkimi przerażającymi wręcz składnikami scenariusza, jest w stu procentach prawdziwa i niezakłamana. To się ceni.

Na całe szczęście mocnych elementów jest w nowym filmie Toma McCarthy’ego więcej, jak chociażby aktorstwo. Aktorstwo było tu naprawdę bardzo dobre, chociaż nie mogę tego odnieść do wszystkich. Na pewno najjaśniejszym punktem filmu jest Mark Ruffalo, który po raz kolejny udowadnia, że zasłużył na miejsce w hollywoodzkiej czołówce. Co prawda wiele możliwości do szarżowania nie miał (chociaż jedna czy dwie sceny zapadły w pamięć), ale całkiem rewelacyjnie wykreował postać dociekliwego dziennikarza. Niemniej dobrze postać ograł Michael Keaton, który rok temu wraz z „Birdmanem” wrócił do grania w dobrych filmach. Przez scenariusz, który miał w poważaniu przeszłość bohaterów wiele o nim nie wiemy, natomiast z tego co zostało dla niego napisane, Keaton wykreował naprawdę dobrą postać z krwi i kości, postać naczelnika gazety (tzn naczelnika sekcji Spotlight), w którego uwierzyłem. Gorzej miałem jednak z resztą obsady, chociażby z Rachel McAdams, od której oczekiwałem stworzenia kogoś więcej niż kobiety, która chodzi jedynie w tę i z powrotem. Ale to nie jedynie ona - cały drugi plan, wszyscy oprócz wcześniej wymienionych, są w filmie jedynie by przekazywać beznamiętnie informacje o dalszych losach śledztwa. I rozumiem, że to prawdopodobnie także był zabieg reżysera, ale to sprawia jedynie, że coraz mniej lubię ten film. Nie zrozumcie mnie źle - zaraz po filmie byłem bardzo zadowolony, ale im więcej myślałem o nim później, tym bardziej wydawał mi się niespójny i przesadzony. Ale nie przejmujcie się tym absolutnie. Mimo wszelkich wad Spotlight jest naprawdę fantastycznym obrazem pracy dziennikarzy, ciężkiej pracy dziennikarzy. Filmów, które z takim zapałem opowiadają o prowadzeniu śledztwa jest na rynku deficyt. I chociażby dlatego warto na „Spotlight” pójść. 

środa, 27 stycznia 2016

"Dziewczyna z portretu" reż. Tom Hooper

Unknown

Gdy tylko usłyszałem, że Hooper szykuje nowy film z Eddiem Redmaynem i Alicią Vikander w rolach głównych, naprawdę się ucieszyłem. To trio tak naprawdę gwarantowało sukces  filmu – Hooper, który nie mógł zwolnić po fenomenalnych Nędznikach, Redmayne, któremu zależało by jego sława nie okazała się krucha i chwilowa, no i Vikander, która od jakiegoś czasu już pokazuje nam, jak bardzo fenomenalną aktorką jest. Idąc do kina liczyłem, że zobaczę co najmniej dobry film (głównie dlatego, że jak dotąd żaden z Oskarowych faworytów nie spodobał mi się specjalnie). Niestety, zawiodłem się. Ostatnio często zawodzę się w kinie.

Może to po prostu kwestia za dużych wymagań, jakie stawiałem „Dziewczynie z portretu”. Nie ukrywam – historia transseksualnego malarza wydała mi się interesująca od samego początku, a w zachwyt wpadałem za każdym razem, gdy widziałem fotosy z filmu – Eddie tak pięknie wyglądał w charakteryzacji Lily. Niczym piękna pocztówka. Cały ten film jest z resztą piękną pocztówką. Szkoda jedynie, że bez żadnej szczególnej treści. Widać, że reżyser bardzo starał się by wszystko wyglądało naprawdę ładnie. Problem w tym, że zatracił się w tym, zupełnie nie zwracając uwagi na jakąkolwiek głębię tej historii i często wpadając w kicz.

Bo o czym tak naprawdę opowiada „Dziewczyna z portretu”? To historia… no właśnie, czego? Czy jest to historia miłości między Einarem a Gerdą? A może opowieść o tym, jak to trudne życie mieli transseksualiści jeszcze sto lat temu? A może w ogóle obraz przeżyć malarza, który próbuje dowiedzieć się jakiej płci tak właściwie jest? Niestety po obejrzeniu filmu nie jestem w stanie tego ustalić. I dokładnie ten sam problem miał tu Hooper, który desperacko stara się opowiedzieć trzy historie, trzy różne wątki, w efekcie nie kończąc tak naprawdę żadnego. I bardzo szkoda, bo gdyby chwycił się jednej, moglibyśmy mieć naprawdę dobry film. Kolejną kwestią jest sama seksualność Einara. Po seansie byłem bardzo rozdrażniony z tego powodu, a gdybym był osobą transseksualną, prawdopodobnie czułbym się nawet obrażony. Do wytłumaczenia o co mi chodzi, muszę jednak przytoczyć troszkę fabuły, więc ludzie obawiający się o spoilery proszeni są o przeniesie się do kolejnego akapitu.

Einar wraz z Gerdą prowadzą w miarę szczęśliwe życie. Myślę, że naprawdę mocno się kochają. I nagle, gdy Einar zdaje sobie sprawę, że urodził się w złym ciele, że tak naprawdę jest kobietą, zupełnie traci zainteresowanie Gerdą. Gdy Einar jest Lily, nie kocha już Gerdy, jest obrażony na cały świat i mimo, że przecież jest to jego żona, ugania się za innymi mężczyznami. Ale to nie koniec. Postać odgrywana przez Redmayna, mimo rozdwojenia jaźni (bo nie potrafię tego inaczej nazwać) ma też wielkie problemy z podjęciem decyzji. Bo tak, raz nasz bohater jest Einarem, żeby potem przebrać się w Lily, a potem znowu wrócić do postaci Einara. Widząc te zmiany poważnie zastanawiam się, czy jest to faktycznie film poruszający problematykę LGBT. Bo jednak z tego co wiem osoby transseksualne nie zmieniają osobowości ani upodobań po zmianie płci.

Jak widzicie, wszystkie właściwie moje uwagi skierowane są w stronę scenariusza, który wydaje mi się po prostu dziurawy, pusty i zwyczajnie nudny. Brak jakiejkolwiek dramaturgii, która nie ograniczałaby się do jednej czy dwóch scen wymuszających łzy u widza. Brak głównego bohatera, którego byłbym w stanie polubić, bo samolubny, nieliczący się z nikim Einar na pewno kimś takim nie jest. Brak w końcu także i jakiejkolwiek akcji, czegoś co nie ogranicza się do patrzenia jak Redmayne bawi się ręką i mruga. Scenariusz jest tutaj troszkę jak prezent pod choinką w galerii handlowej – co z tego, że ładnie opakowany w kolorowy papier, jeżeli pod spodem znajduje się pusty szary karton?

Oczywiście nie zawinił jedynie scenariusz – był też na przykład Eddie Redmayne. Nie sądziłem, że kiedykolwiek powiem złe słowo na tego młodego i utalentowanego aktora, ale jednak. Rola Einara jest zwyczajnie nijaka i męcząca, a rola Lily przeszarżowana. Widać, jak bardzo chłopak starał się zagrać, by zdobyć drugiego z rzędu Oskara, problem w tym, że zatracił się w marzeniach o statuetce, obdzierając tym samym swoją postać z jakiejkolwiek autentyczności. A to nie koniec minusów dotyczących obsady. Cały drugi plan leży; postacie są zarysowane grubą krechą i zupełnie nie zabiegają o nasze zainteresowanie. O Henriku nie wiemy nic, gdzieś mimochodem w jednej  wypowiedzi słyszymy, że jest homoseksualistą. Postać przyjaciela z dzieciństwa została wprowadzona tylko po to, żeby pocieszać smutną Alicię Vikander. A koleżanka naszej pary malarzy została stworzona, by słuchać ”mądrych i życiowych” słów Einara i Gerdy. Nawet muzyka od Desplata, którego tak bardzo kocham, wydaje się być nijaka. Podśmiewuję się, że nijakością ścieżki dźwiękowej kompozytor chciał oddać charakter filmu. Taki żart. Nieśmieszny, wiem.

Oczywiście nie jest tak, że film jest absolutnie tragiczny. Podobały mi się zdjęcia, przynajmniej początkowo. I oczywiście podobała mi się FENOMENALNA Alicia Vikander w roli Gerdy. Widać, jak bardzo starała się ratować ten przegrany film, fantastycznie ukazywała wewnętrzne rozdarcie bohaterki, które było swoją drogą jedynym dobrze zrealizowanym dramatem w nowym dziele Hoopera. Naprawdę nie obraziłbym się, gdyby dostała Oskara, bo jest właściwie jedyną nadzieją dla tej historii na gali za miesiąc. Niestety, drugoplanowa aktorka, choćby tak fantastyczna jak wspomniana Alicia nie jest w stanie uratować tak nudnego i płytkiego filmu, jakim jest „Dziewczyna z portretu”. Finałowa sekwencja nastawiona na wyciskanie łez (opis snu Einara i szal lecący ku niebu) wycisnęła ze mnie co prawda łzy, ale były to łzy żenady i rozczarowania Tomem Hooperem. Ach towarzysze, zapłaczcie proszę nad moim marnym losem! Do zobaczenia.



Maciej Roch Satora. Obsługiwane przez usługę Blogger.