Pokazywanie postów oznaczonych etykietą movie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą movie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 czerwca 2016

"Wszyscy potrzebujemy jajek", czyli kilka słów na temat mojego ulubionego filmu w historii kina. Spokojnie, to nie recenzja, a jedynie dwa zdania rozważań, które napisałem bo kazano mi zrobić wprowadzenie do filmu.

Unknown

„Allena kocha się albo nienawidzi” - zwrot ten tak często słyszany wiele ma z prawdy. I choć ostatnio coraz częściej „kochać albo nienawidzić” używa się w kontekście każdego twórcy czy dzieła, o tyle do Allena faktycznie to pasuje - jego styl jest tak oryginalny, a filmy przepełnione autorską wizją do tego stopnia, że od widza zależy czy tą wizję kupi, czy też nie. 

Allenowi tworzenie komedii było pisane - od dziecka miał poczucie humoru i pisał dowcipy do kolorowych pisemek. Gdy dorósł zaczął występować w klubach jako stand-uper, aż wpadł na pomysł, żeby swoje żarty zacząć przedstawiać na kinowym ekranie. Jego pierwsze filmy są niesamowicie komediowe, a humor, mimo że inteligentny, jest ich jedyną wartością. Początkowo właśnie na tym w swoich filmach skupiał się Allen: W „Bierz forsę i w nogi” parodiował kino kryminalne, w Śpiochu stworzył całkiem udaną zgrywę z kina sci-fi, które było wtedy u szczytu popularności. We „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać” Allen zaserwował nam po prostu kilka dłuższych gagów związanych z seksualnością, natomiast w Miłości i Śmierci sprawnie parodiował prozę Dostojewskiego. Annie Hall jednak zdaje się zupełnie odstawać od dotychczasowych dzieł amerykańskiego reżysera. Nagrodzona czterema Oskarami komedia (w tym tymi najważniejszymi, za najlepszy film, reżyserię oraz scenariusz) to opus magnum twórczości Woody’ego Allena. I jeżeli to prawda, że Allen całe życie kręci jeden film, to to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką zrobić potrafi. Zaznajomionych z twórczością Woody’ego nie zdziwi główna oś fabularna: neurotyczny nowojorczyk w mieście, które nigdy nie śpi stara się odnaleźć miłość. Prosta fabuła staje się jedynie pretekstem do snucia rozważań na temat sensu życia, związków, śmierci czy społecznego przystosowania. Allen nie byłby jednak sobą, gdyby oprócz egzystencjalnych rozważań nie pozwolił sobie na trochę ponaśmiewania się ze społeczeństwa. A obrywa się wszystkim po równo: showbiznesowi, żydom czy nowojorskim intelektualistom. 

Allen zastosował tu dosyć ciekawy i nowatorski jak na tamte czasy manewr. Jego film zdaje się być tak naprawdę zapisem wspomnień głównego bohatera ze związku z tytułową Annie. I tak jak w rzeczywistości wspomnienia nawiedzają nas w zupełnie przypadkowych momentach, przypomnieć o bliskiej osobie jest nam w stanie jej ulubiona piosenka czy zapach jej perfum, tak i w filmie Allena historia została opowiedziana z całkowitym zaburzeniem zasad opowiadania jako takiego; po scenie pierwszego spotkania może następować moment rozstania, a po kłótniach często trafiamy na czułość. To zresztą nie jedyna nowatorskość, na jaką stać Allena, bo film przeładowany jest pomysłami realizacyjnymi, których nikt w kinie komercyjnym dotąd nie stosował: łamanie czwartej ściany, dzielone kadry czy animowane, albo paradokumentalne wstawki.

Sam film nosi też masę znamion autobiograficznych i choć Allen zapiera się, że główny bohater nie ma nic wspólnego z nim samym, trudno mu uwierzyć. I nikogo nie zdziwiłoby, gdyby Woody faktycznie przeniósł na ekran swój związek z Diane. Co ciekawe, tytułowa Annie Hall swoje nazwisko zawdzięcza właśnie Diane Keaton - jej prawdziwe nazwisko to Hall, a przyjaciele często zwracali się do niej Annie. I nawet jeśli Allen nie kłamie odcinając się od Alvy'ego Singera, to niewątpliwie wykreował tu najbardziej dopracowaną główną postać swoich filmów, która na przestrzeni lat nie zmieniła się prawie wcale - introwertycznego, neurotycznego i poszukującego miłości nowojorczyka. 

Nie chcę brzmieć jak zgorzkniały starzec, którym nie jestem, ale seans Annie Hall pokazuje, jak bardzo w ostatnich latach komedia romantyczna zeszła na psy. W porównaniu do dzieła Allena większość współczesnych filmów z tego gatunku jest zasadniczo płytką, prościutką historią miłosną dwójki ludzi przyprawioną szczyptą wulgarnego humoru. I może stąd właśnie bierze się moja fascynacja tym twórcą. Mimo, że tworzy on coś bardzo podobnego do popularnych hollywoodzkich produkcji, robi to dużo lepiej i nadaje temu swój własny, nigdzie indziej niespotykany klimat. Cytując krytyków: jeżeli mielibyście zobaczyć w życiu tylko jeden film Allena, to właśnie powinien być ten. 

niedziela, 5 czerwca 2016

Czy aby na pewno #WSZYSTKOGRA? - recenzja filmu Agnieszki Glińskiej

Unknown

Zaraz po zakończeniu festiwalu Off Camera w Krakowie postanowiłem, że zbyt wiele widziałem w ostatnim czasie ambitnego kina. Że mam ochotę, że prawdopodobnie będę odczuwał przyjemność, jeśli z premedytacją pójdę na coś złego. Przejrzałem szybko repertuar pobliskiego multipleksu, a ponieważ wcześniej już odhaczyłem „Młodego Mesjasza” (który z plakatów kłamie, że powinien go zobaczyć każdy wierzący, bo moim skromnym zdaniem powinien zobaczyć go każdy ze sporym dystansem do swojej wiary - tyle idiotyzmu dawno nie widziałem w filmie nawiązującym do religijności, a przecież jestem po takich perełkach jak „Bóg nie umarł”) na liście pozostało jedynie #WSZYSTKOGRA - polski musical z doborową obsadą, który wykorzystuje stare (ale też i te nowsze) narodowe przeboje podczas rozwoju fabuły. Pomyślałem „okej, pośmieję się chwilę, bo pewnie dobrze nie wyjdzie”. Nie spodziewałem się jednak, że polska komercja może być aż tak potworna.

Trochę boli mnie fakt, że pieniądze polskich podatników PISF przeznacza na tego typu filmy - Polska naprawdę jest w stanie tworzyć dobre kino, więc takie #WSZYSTKOGRA, które jest w rzeczywistości prościutką historyjką, w którą ktoś wplótł znane piosenki żeby ludzie się cieszyli, wcale ich nie potrzebuje. Trudno mi nawet powiedzieć o czym jest nowy film pani Glińskiej. No bo mamy tu trzy kobiety w jakimś domu, który niby nie należy do nich, ale mieszkają w nim i bardzo oburzone są, że ktoś zamierza je stamtąd eksmitować. Są nimi kolejno: Eliza Rycembel, która jest taką bardzo antysystemową dziewuchą że aż maluje grafiti na murach i z jednej strony ma jechać na jakieś ważne stypendium za granicę, a z drugiej nie jest pewna czy to zrobić. Dalej Kinga Preis, która po całkiem udanym występie w „Córkach Dancingu” najwyraźniej stwierdziła, że musical jest jej konikiem. I fajnie, tylko nie jestem pewien co ona tu robi, bo z plakatów wynika, że to jedna z głównych bohaterek, kiedy Kinga zwyczajnie łazi z miejsca na miejsce, pojawia się w jakichś losowych momentach filmu i krzyczy „Umyjcie te naczynia szarlatany jedne!”. Poza tym wchodzi w najdziwniejszy romans w historii polskiego kina, ale o tym za moment. No i jest babcia, Stanisława Celińska, która z całego tego towarzystwa wychodzi chyba najbardziej prawdziwie, jesteśmy w stanie uwierzyć w jej problemy i przywiązanie do domu, którego nie chce oddać. Co z tego jednak, jeśli reżyserka woli skupić się na tym jaka śmieszna z niej babcia i wrzucać ją w super zabawnych scenkach. Na całe szczęście w środku filmu znajduje się jeden utwór ze wspomnieniami z młodości Celińskiej, co bardzo doceniam, bo scena jest naprawdę udana. 

Myślę, że głównym problemem tego filmu jest obrana musicalowa konwencja. Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć tego posunięcia twórców, bo utwory muzyczne, już pomijając fakt że nie najlepiej zaśpiewane, zupełnie nie pasują do fabuły. Pojawia się dla przykładu scena, w której główna bohaterka wieziona radiowozem śpiewa „ale w koło jest wesoło” na dwa głosy wraz z piłkarzem, który dopiero co odbył nieprzyjemną rozmowę z trenerem. Oprócz tego są okropnie zainscenizowane, zatrudniono tu tancerzy, którzy w tle do śpiewających bohaterów machają rękami i nogami na wszystkie strony bez opamiętania, zupełnie nierytmicznie. Zresztą pal licho rytm, ten taniec jako element tła jest zupełnie zbędny - nie oddaje emocji, ani nie wpływa w żaden sposób na klimat filmu. Nie lepiej jest jednak wcale z animowanymi sekwencjami, które pojawiają się podczas „Metamorfoz” - na ekranie oglądamy cały czas topornie zaanimowane graffiti chodzące po mieście. I tyle. Nie jestem w stanie w ogóle zrozumieć.

Kolejną przywarą są rzecz jasna bohaterowie, bo wcześniej wymienieni nie są w filmie jedyni. Zasadniczo można by wyciąć wszystkie męskie postaci, a film wcale nie straciłby wiele. Bo tak, każda z kobiet (a jakże!) ma swojego mężczyznę. Rycembel towarzyszy jakiś chłopak, który jedyne co robi to denerwuje widza mówiąc głównej bohaterce co jakiś czas: „ale ty jesteś świetna”. Za babcią chodzi wszędzie podchmielony pan Tadzio, który śpi, je i naprawia dach. Jest jeszcze Antoni Pawlicki, który w filmie pojawia się w przypadkowych miejscach i patrzy na wszystkich lodowatym wzrokiem. Ah, i jeszcze Paweł Wawrzecki, aktor ze sporym potencjałem komediowym, znanym przede wszystkim z serialu „Daleko od noszy”, który w filmie ma tylko jedną linijkę: „Dzień dobry”. Serio, zatrudniono tu komika, aktora całkiem zabawnego, żeby przewijał się od czasu do czasu siedząc na ławce w parku i raz powiedział „Dzień dobry”.

Dużo ciekawiej jest jednak z piłkarzem-chłopakiem Kingi Preis, czyli Sebastianem Fabijańskim. Pozwólcie, że zrecenzuję wam rozwój ich romansu. Pierwsza wspólna dla nich scena to impreza charytatywna, na której Kinga Preis mówi do niego: „myślisz że jesteś super?” a Sebastian Fabijański odpowiada: „Znam takie jak ty wiecznie niezadowolone z niczego kobiety”. Druga wspólna scena rozgrywa się w domu rodzinnym kobiet - porwany piłkarz schodzi po schodach, wychodzi z mieszkania i wita się z Kingą obcinającą żywopłot, po czym odchodzi. I wtem następuje trzecia scena, w której śpiewająca piosenkę Kinga idzie przez miasto i śpiewający piosenkę Sebastian też idzie przez miasto, aż spotykają się i zaczynają się całować. Przyrzekam, przedstawiłem w tej chwili rzetelną relację rozwoju miłości. Ja nie mam pojęcia kto na to wpadł, ale jak na podstawie trzech scen po 10 sekund jest się w stanie zbudować jakąkolwiek relacje między głównymi postaciami.

Dla ukazania tym z was, którzy nie widzieli tego filmu i nadal nie wierzą mi w jego infantylność, przytoczę teraz losową sekwencję ze środka filmu. Córka jest tak bardzo nonkonformistyczna, że po raz kolejny maluje rysunki na murach. Zauważa to piłkarz, który chyba dzwoni po policję (możemy się tylko domyślać, bo widzimy go trzymającego telefon przy uchu na balkonie swojego mieszkania) i ta policja przyjeżdża zabierając dziewczyny. Te wychodzą z więzienia i porywają pijanego w trupa piłkarza w ramach kary (?) za to, że zadzwonił. Potem zostawiają go w domu i dzwonią, żeby zażądać okupu, co wychodzi im tak beznadziejnie, że osoba, do której dzwonią, każe im nie robić sobie żartów. W tym momencie piłkarz wychodzi z domu, w którym był więziony i gdzieś sobie idzie. Do dziewczyn pod budką telefoniczną przychodzi Antoni Pawlicki, którego żadna z nich nie widziała nigdy wcześniej i mówi im, że ich więzień uciekł. Kurtyna. 


Wszystkie wspomniane wyżej mankamenty, a dodatkowo nieciekawie zaaranżowane piosenki, najdziwniejsza retrospektywa jaką dane mi było zobaczyć, w której dziadek Pawlickiego i prababka Rycembel grają razem w pokera (reżyser stwierdził, że widz jest idiotą, więc za te role odpowiadają właśnie Pawlicki i Rycembel) czy finał tak głupi i tak bardzo nietłumaczący niczego, tak bardzo niedający rozstrzygnięcia w tym co stało się wcześniej, ten finał, który sprawia, że w zasadzie wszystko co zdarzyło się przedtem jest zupełnie nieistotne. To wszystko powoduje że żałuję, że poszedłem na ten film i nie wyszedłem wcześniej, bo mogłem zrobić w tym czasie znacznie więcej ciekawych spraw jak oglądanie ślimaków przechodzących z jednej strony ulicy na drugą, czy coś. Ja naprawdę wspieram eksperymentowanie w polskim kinie i naprawdę popieram tworzenie polskich musicali. Tylko niech to będą musicale z pomysłem, jak chociażby „Córki Dancingu” Smoczyńskiej, a nie druga „Planeta Singli” z pretekstową fabułką i znanymi wcześniej utworami wrzuconymi w absolutnie losowe miejsca. 

środa, 2 marca 2016

"El Clan" reż. Pablo Trapero

Unknown

Tegorocznym zdobywcą Srebrnego Lwa za reżyserię w Berlinie interesowałem się już od jakiegoś czasu. Z wielu powodów, poza wcześniej wspomnianym lwem, film może się także szczycić zdobyciem prestiżowej Goyi, a na pozycji producenta zasiada chyba najznakomitszy hiszpański reżyser, Pedro Almodovar. Nie zawiódł mnie, w żadnym aspekcie.

„El Clan” traktuje o pewnej rodzinie mafijnej w Argentynie. Akcja filmu przypada na okres reformacji, wątki polityczne, mówiące o ciągłej zmianie władzy z demokratycznej na totalitarną są tu bardzo wyraźnie zaznaczone. Główny bohater, boss mafii Puccio to podstarzały już bezwzględny porywacz, który, jak utrzymuje przez cały film, najbardziej troszczy się o własną rodzinę. Skojarzenia z „Ojcem Chrzestnym” są tu jak najbardziej na miejscu; rzeczywiście klan Puccio, podobnie jak Corleone, specjalizuje się w morderstwach, ale także licznych porwaniach, na których to głównie rodzina się bogaci. Przedstawione są w tak niesamowity sposób, że aż trudno się nadziwić. Ale o tym za moment.

Na czele klanu stoi papa Arquimedes - człowiek, który dla społeczności miasta jest przede wszystkim poczciwym staruszkiem, od czasu do czasu zasuwającym z miotłą przed swoim sklepem z akcesoriami sportowymi. To jednak tylko pozory; w gruncie rzeczy bowiem to ucieleśnienie bezwzględnego mordercy i człowieka, który wszystkich trzyma w ryzach, ze swoją rodziną na czele. Z wojskowym zacięciem ojca kontrastuje najstarszy syn familii, Alejandro, który jawi się nam jako karny i zawsze posłuszny romantyk. Nie interesują go ojcowskie interesy, marzy bowiem, aby zostać znanym sportowcem, do czego zresztą ma wszelkie predyspozycje, bo w swoim małym mieście odnosi już spore sukcesy. Pewnego dnia jednak poznaje dziewczynę, dla której chce porzucić rodzinne zajęcie i uwolnić się od zmory mafii. Na tej właśnie linii, ojciec - syn, będą się rozgrywały wydarzenia, stanowiące główną oś filmu - psychologiczną rozgrywkę między nimi.

„El Clan” jest obrazem prawdziwej historii, która w Argentynie odbyła się w latach 80-tych. Reżyser w fantastyczny sposób przenosi nas do Ameryki Łacińskiej w okres reformacji. Okres, w którym rodzina klasy średniej ”dorabiała” sobie porywając i mordując co istotniejsze jednostki miastowej społeczności. I to całkiem niesamowitej rodziny - cały drugi plan bowiem, w myśl zasady „ja nic nie wiem”, zajmował się własnymi sprawami dobrze się bawiąc, czy leżąc przed telewizorem, gdy z piwnicy dochodziły krzyki torturowanych. Iście niesamowite sceny. Główny bohater czuje się tu niesamowicie bezkarny, mając wtyki w najwyższych sferach państwowych dobrze wie, że może sobie pozwolić na wszystko. Reżyser nie serwuje nam jednak pełnej dosłowności makabry na ekranie - nie, Pablo Trapero sprawnie łączy tragiczny realizm sytuacji z pewną dozą ironii i lekkości, wpasowując dla przykładu radosne utwory takich klasyków jak The Kinks, w sceny masakry czy porwań. Mamy więc tu także masę scen sytuacyjnego humoru, na których śmiejemy się jednak nerwowo, wiedząc dobrze, że nie jest to w żaden sposób moralnie właściwe.

Na pozytywny odbiór filmu wpływa jednak zdecydowanie więcej - jest to przede wszystkim wybitna wręcz kreacja Guilerma Francelli. Człowiek ten wchodzi całkowicie w rolę szefa mafii, który mimo szczytnych ideałów, w gruncie rzeczy okazuje się myśleć jedynie o swoich interesach. Duże brawa należą się także odtwórcy roli jego syna, młodego Petera Lanzaniego, który fantastycznie pokazał nam na ekranie swoje wewnętrzne rozdarcie między rodziną a ukochaną. Ale na tym nie koniec - wartkie dialogi, niepretekstowa fabuła czy klimatyczne kadry są kolejnymi powodami, dla których na pewno warto „El Clan” zobaczyć.

Trapero obrazuje nam jednak znacznie więcej, niż jedynie nieetyczne praktyki rodziny Puccio. Film próbuje tutaj rozliczyć Amerykę Łacińską lat 80-tych z okresu bezkarności i ulicznej anarchii. Kreuje rzeczywistość, w której pistoletem dało się załatwić wszystko i, jeśli miałeś znajomości, było to traktowane jako całkowicie normalne. Obrazuje to naprawdę wiele scen, jak chociażby te, w których Arquimedes denerwuje się na syna, że nie pomógł mu tego dnia w ”interesach”, co ma chyba oczywistą wymowę. Rzeczywistość wykreowana przez Trapero wydaje się niesamowicie odrealniona i abstrakcyjna dla współczesnego człowieka. I jest to chyba dobrym znakiem na przyszłość. 

sobota, 27 lutego 2016

Złoty Astronauta - Top 10 najlepszych filmów 2015

Unknown

Z końcem lutego nadchodzi czas podsumowań. Każde zgrupowanie, każdy krytyk czy też zwykły zjadacz popcornu w związku z końcówką roku wystawia swoje nagrody za najlepszy film roku. Stwierdziłem, że nie mogę być gorszy i po raz pierwszy w historii oddam nagrodę (rzecz jasna jedynie w moim umyśle) w ręce twórców obrazu, który najbardziej podobał mi się w tym roku. I właśnie, „podobał”, bo przy doborze filmów do tego rankingu kierowałem się jedynie sercem. Nie bierzcie więc do siebie bardzo tych nagród, bo jedyny czynnik, który na nie wpływa to moja subiektywna opinia. Zaznaczmy też, że w konstruowaniu go brałem jedynie pod uwagę filmy, które swoją polską premierę miały połowie lutego 2015 roku, głównie po to, by uniknąć zamieszczania na listę oskarowych zwycięzców z zeszłego roku. Ah, i jeszcze jedno. W tym rankingu nie będzie pełnych recenzji, a jedynie kilka zdań o każdym filmie, żebyście co nieco się orientowali. Dlaczego? Cóż, nawet teraz te jedynie kilka zdań o każdym filmie zajmuje mi 3,5 kartki A4, więc tworzenie recenzji każdego z nich a) trwałoby wieczność b) byłoby po prostu nieinteresujące i bezsensowne. Niektóre z tych filmów (dwa) doczekały się pełnoprawnej recenzji na blogu i tam właśnie odsyłam wszelkich zainteresowanych obiema produkcjami, jeżeli chcą dowiedzieć się co dokładnie o nich sądzę. Przejdźmy więc do rankingu, ale zanim to się stanie, poproszę o wielkie brawa dla: „Ex Machiny”, „Co robimy w ukryciu”, „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” oraz „Earl, ja i umierająca dziewczyna”, które o włos nie zmieściły się na rankingu, a są pozycjami równie dla mnie ważnymi, a dodatkowo fantastycznymi dziełami, o których niektórzy mogli nie słyszeć. Czas więc przyznać pierwszego w historii Złotego Astronautę!

10. Pokój


Wyobraźcie sobie, że od dziecka żyjecie w kilkumetrowym pokoju zupełnie z niego nie wychodząc. Urodziliście się w nim, przeżyliście wszystkie ważne chwile i, co najważniejsze, pokój ten jest dla was całym światem. Nie wiecie o istnieniu czegokolwiek poza nim. Niesamowita wizja, nieprawdaż? Cóż, o tym właśnie opowiada „Room” Lenny’ego Abrahamsona i robi to w iście fantastyczny sposób. Mimo całkiem odrealnionego pomysłu, film mówi nam o wielu bardzo przyziemnych sprawach, męczących codziennie każdego z nas. Dodatkowo na ekranie mamy przyjemność podziwiania nominowanej do Oskara Brie Larson i niestety nienominowanego Jacoba Tremblaya, który jest prawdopodobnie najlepszym dziecięcym aktorem jakiego kiedykolwiek widziałem. Serio, ten duet aktorski to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w tym roku. Dawno nie widziałem tak prawdziwej i naturalnej pary aktorów, którzy tak rewelacyjnie dopełnialiby się nawzajem. Iście psychologiczna i emocjonalna podróż w dywanie. Czym prędzej sprawdźcie. 


9. W głowie się nie mieści


Nie od dziś wiadomo, że Pixar robi (obok studia Ghibli) najmądrzejsze animacje na świcie. „Inside Out” jest jednak ich najbardziej niesamowitym dziełem od lat, podnoszącym poprzeczkę tak wysoko, jak jeszcze nigdy nikomu się nie udało. Pozwala nam on bowiem wejść do wnętrza głowy nastoletniej Riley, w której to pięć emocji kieruje całym jej życiem i odpowiada za wszystkie czynniki jej funkcjonowania. W opowieść wchodzimy podczas przeprowadzki Riley - zmiana otoczenia jest dla niej, a więc także dla jej emocji, zupełnie nową sytuacją, z którą nie wie, jak sobie poradzić. Na skutek różnych zawiłości, zwykle dominująca w jej głowie Radość oraz Smutek znikają z centrali dowodzenia. Od tego momentu fabuła jest trzyczęściowa: obserwujemy próby powrotu dwóch emocji do centrali, skołowane i niepotrafiące ze sobą współpracować trzy pozostałe emocje, kierujące działaniami Riley, oraz samą Riley, która przez ubytek radości i smutku nie jest w stanie funkcjonować normalnie. Mimo prostej fabuły jest to naprawdę poruszająca historia i jednocześnie próba wyjaśnienia dzieciakom, jak działa ich mózg w łatwy do przyswojenia sposób. Pomijając to, jest także pięknie zaanimowanym i wybitnie napisanym filmem z prostym, lecz dającym do myślenia morałem, jak to zawsze u Pixara. 

8. Pentameron


Jestem niesamowitym fanem kina włoskiego - mówiąc to mam na myśli i to starsze z Fellinim na czele, a także to nowsze z Sorrentino. Nic więc dziwnego, że wybrałem się na „Pentameron”, czyli tegoroczny film Matteo Garrone, twórcy słynnej „Gomory”. Tym razem włoski twórca zabiera się za coś, co zupełnie odbiega od jego wcześniejszego dorobku - serwuje nam bowiem trzy przeplatające się ze sobą baśniowe historie. Robi to w fantastyczny, tradycyjny sposób, przywodzący na myśl oryginalne dzieła braci Grimm. „Pentameron” jest powiewem świeżości w zwietrzałym już kinie fantasy, mającym głównie do zaproponowania nowe pozycje ze stajni Disneya. To piękna, ale zarazem bardzo brutalna baśń, pełna niesamowitych i magicznych elementów, służących jedynie jako metafora czegoś znacznie większego. Możemy tu doświadczyć masy nawiązań, które z ekranu będą wylewały się wraz z pięknymi, robiącymi ogromne wrażenie kadrami. W dodatku to pierwszy film Garrone produkowany w stanach, możemy się więc spodziewać fantastycznego aktorstwa w wykonaniu chociażby Salmy Hayek. Niesamowicie piękne ujęcie średniowiecznej baśni. Brawa. 

7. Kingsman: Tajne służby


Powiedzmy na wstępie - od Kingsmana nie oczekiwałem absolutnie niczego. Poszedłem na ten film głównie dlatego, bo miałem masę wolnego czasu i nie za wiele do roboty. Było to jednocześnie moje pierwsze zderzenie z Matthewem Vaughnem, więc nie miałem pojęcia, czego mam się spodziewać. Dostałem jednak najlepszy film szpiegowski od lat. I to nie żart. Adaptacja kontrowersyjnego komiksu o tym samym tytule, góruje znacząco nad najnowszymi Bondami i filmami z cyklu Mission Impossible, głównie dzięki swojej lekkości i niesamowicie zabawnym żartom - jest to przecież powrót do korzeni kina szpiegowskiego, gdzie nikt nie próbował udawać, że to, co się dzieje na ekranie jest realistyczne i prawdziwe. To naprawdę niesamowite kino akcji pełne abstrakcyjnych gadżetów czy masy trafionego nieoczywistego humoru, który czasem może zaboleć. Absurdalna fabuła, niesamowicie nakręcone sceny walki (wystarczy zobaczyć chociaż scenę w kościele), czy fantastyczny Colin Firth, który mimo bycia angielskim gentelmanem, jak nakazuje jego emploi, jest jednocześnie niesamowicie sprawnym agentem, sprawiają, że „Kingsman” w tym roku ląduje na miejscu siódmym. O Boże, zabrzmiałem chyba jak prowadzący z listy przebojów Eski.

6. Zjawa


Starałem się robić wszystko, by uniknąć pakowania tu zeszłorocznego fenomenalnego zresztą „Birdmana” od Inarritu… Nie przewidziałem jednak, że rok później ten meksykański reżyser nakręci kolejny wielki film, który kolejny raz rozkocha w sobie jury Akademii. Mowa rzecz jasna o „Zjawie”. Jego nowy film jest tak naprawdę kinem zemsty osadzonym w XIX wieku w zimnych stanach Ameryki. Na ekranie możemy doświadczyć fantastycznego Leonarda Di Caprio, który prawdopodobnie w tym roku wreszcie dostanie Oskara. Jest faktycznie bardzo dobry, a poświęcenie dla roli widać tu w każdej scenie (najbardziej prawdopodobnie w tej, gdzie zjada surową wątrobę bawoła). Poza nim w filmie widzimy masę innych rewelacyjnych kreacji, za które odpowiadają Tom Hardy, Will Poulter czy Domhall Gleeson, jednak to nie oni są tu główną zaletą. Niewątpliwie najbardziej w „Zjawie” zachwycają zdjęcia Lubezkiego, który drugi rok z rzędu pracuje u boku Inarritu i drugi rok z rzędu robi niesamowitą robotę. Piękne górskie zimowe kadry są tu czymś, co można chłonąć nawet dłużej niż te prawie trzy godziny filmu i właśnie dla nich warto na „Zjawę” pójść do kina. Najlepiej z dużym ekranem. 

5. Mad Max: Na drodze gniewu


Zaraz po seansie byłem niesamowicie zaskoczony, co zrobił ze mną ten film. Dzięki zastosowaniu efektów kaskaderskich i odejściu w znacznej mierze od tych komputerowych, Millerowi udało się stworzyć tak fantastyczne kino, że nie mogłem wyjść z podziwu. Każdy kolejny film z efektami komputerowymi wydawał mi się zbyt sztuczny, natomiast każdy kolejny, który używał efektów naturalny wydawał mi się marną imitacją i zżynką z Millera. Scenariusz „Mad Maxa” nie ma wiele do zaoferowania: nie ma tu nagłych zwrotów akcji, fabuła opiera się na jechaniu w jedną stronę przez pustynię, by potem zawrócić, a główny bohater praktycznie nic nie mówi. Dostarcza nam on jednak masę dobrej zabawy spowodowanej widokiem rozwalających się aut, czy podziwianiu Charlize Theron w roli jednej z najciekawszych postaci kobiecych ostatnich lat. Furiosa jest jednocześnie niesamowicie głęboką kobietą i feministycznym ideałem wielu jednostek (w tym mnie). Nie ma co ukrywać - Miller kupił mnie w tym roku i byłbym zachwycony ze zgarnięcia przezeń wszystkich statuetek w kategoriach technicznych. I w tej reżyserskiej, co jak wiadomo się nie stanie, ale warto mieć marzenia. 

4. Głosy


Czy ktokolwiek słyszał o tym filmie? Cóż, ja też nie, zanim kilka tygodni temu nie dorwałem go w jednym z serwisów VOD. Skłoniło mnie do tego przede wszystkim nazwisko Ryana Reynoldsa (tak, to gość od Deadpoola), ale też Marjane Satrapi, irańskiej reżyserki znanej szerszej publiczności prawdopodobnie z „Persepolis”, będącego adaptacją komiksu, który z kolei jest adaptacją jej przeżyć związanych z Iranem. Historia „Głosów” traktuje o cierpiącym na schizofrenię pracowniku fabryki, który ma osobliwą przypadłość rozmawiania ze swoimi zwierzętami. Pewnego dnia decyduje się zabić swoją znajomą, jej ciało pokroić, umieścić w pudełkach, a głowę trzymać w lodówce i rozmawiać z nią w trudnych chwilach. Absurdalna fabuła jest tu jedynie pretekstem do jednego z najlepszych portretów psychopaty w świecie kina kiedykolwiek. Masa humoru często zamienia się w gorycz, a nasz śmiech zawsze jest nieco nerwowy, bo dobrze wiemy, że nie powinno nas bawić to, co widzimy na ekranie. Fantastyczny Reynolds, fantastyczny scenariusz - zobaczcie.

3. Młodość


Po tak wielkim arcydziele, jakim było „Wielkie Piękno” Sorrentino serwuje nam coś bardziej przystępnego, lecz nie mniej egzystencjalnego - mamy tu bowiem historię dwójki podstarzałych artystów, którzy spotykają się w hotelu w górach, by przedstawić nam ich niesamowicie różny pogląd na życie, śmierć, starość, czy wiele innych. Nie zamierzam się tu wiele rozwodzić, bo pełną recenzję młodości możecie znaleźć na blogu, kilka postów wcześniej. Powiem jedynie, że podobnie jak „Wielkie Piękno”, „Młodość” jest niesamowicie inteligentnym i dojrzałym portretem tego, co męczy każdego z nas, z równie pięknymi zdjęciami i świetnym soundtrackiem.

2. Carol


Nie inaczej jest z „Carol”, której recenzję też możecie znaleźć na blogu, do czego zachęcam, bo rozwodził się tu drugi raz za bardzo nie będę. Jest to historia homoseksualnego związku dwóch kobiet w latach 50-tych XX-ego wieku. Świetna muzyka, ładne zdjęcia przenoszące nas w XX wiek, masa emocji, niezrozumienie, niedopowiedzenie, smutek, radość oraz Rooney Mara w czapce św. Mikołaja - to wszystko znajdziecie w „Carol”. I spróbujcie się tu nie zakochać.

1. Sól Ziemi


Jestem tak samo zaskoczony jak wy. Serio, tworząc tę listę sam nie wiedziałem, który film znajdzie się na miejscu pierwszym. Okazało się, że jest to najnowszy dokument mojego ulubionego reżysera, twórca moich ukochanych filmów jak chociażby „Paryż, Teksas”, Wima Wendersa. Przy pomocy Juliano Salgado stworzył tak naprawdę dwugodzinny pokaz slajdów zdjęć, które wykonywał ojciec tego drugiego. A są to zdjęcia iście niesamowite, przed seansem radziłbym przygotować się na spory szok, bo są to rzeczy wyciągające z pewnej sfery komfortu. Widzimy tam na przykład martwe dzieci z otwartymi oczami, bo z zamkniętymi nie trafiłyby do nieba, ludzkie ciała na ulicach Sarajewa, wygłodzone afrykańskie dzieci umierające na pustyni z wycieńczenia. Obok nich, prawdopodobnie aby nas nie zdołować do końca, reżyser pokazuje nam jednak obrazy zawierające uśmiechające się foki czy tańczących niskich Indian z Amazonii. Wszystkie piękne, wszystkie czarno-białe i wszystkie opatrzone komentarzem fotografa; celnymi uwagami i zapisem wspomnień z wielu podróży, które odbywał, by te zdjęcia robić. Jak dla mnie najbardziej poruszający film roku i prawdopodobnie najlepszy film dokumentarny, jaki w życiu widziałem. No i rzecz jasna szczęśliwy zdobywca Złotego Astronauty za seozn filmowy 2015-2016. 



środa, 17 lutego 2016

"Deadpool" reż. Tim Miller

Unknown

Niesamowitym dla mnie zjawiskiem jest, że kino superbohaterskie jest tak popularne na świecie. Pomyślcie - osoby oglądające przygody naszych ulubionych bohaterów ogląda każdy, kiedy osoby czytające o tych samych postaciach są odsetkiem społeczeństwa. No i właśnie - do kin zawitał nowy superbohater, przez fanów filmowego uniwersum wcześniej nieznany. Mowa rzecz jasna o Deadpoolu - postaci o tyle wyjątkowej, że bardzo złożonej. Jako czytelnik komiksów byłem bardzo dobrze zaznajomiony z tym bohaterem i od samego początku miałem spore wątpliwości co do tego filmu. Jak już mówiłem Deadpool jest naprawdę bardzo złożoną postacią- mimo całej komediowej otoczki i rzucania żartami o penisach, nie znam chyba bardziej smutnej i gorzkiej postaci w uniwersum. W związku z tym bałem się, że postać zostanie mi zupełnie zepsuta, Marvel bowiem przyzwyczaił nas do zlewczego stosunku jeżeli idzie o pokazywanie nam w filmach emocji. Oh, jakże się myliłem.

Zacznijmy może od tego kim właściwie jest nasz główny bohater - Deadpool to antybohater (to znaczy, że nie jest ani całkowicie dobry, ani zły), który na skutek mutacji organizmu stał się nieśmiertelny. Swoją drogą powstał on troszkę jako żart, twórcy byli bowiem pewni, że zostaną pozwani do sądu za skopiowanie niemalże całkowicie postaci Deathstroke’a z uniwersum DC. Nie stało się tak jednak, dzięki czemu żart zamienił się w… inny żart? Troszkę tak, bo Deadpool przy pierwszym kontakcie wydaje się po prostu bohaterem zrobiony dla uciechy tłumów, gościa, który oprócz nieśmiertelności posiada jedynie spory inwentarz sprośnych i seksistowskich żartów. Niemniej im dalej w las tym bardziej poznajemy jego tragiczną przeszłość, niesamowicie złożony charakter czy zwykłe prozaiczne problemy dnia codziennego. Tak przynajmniej jest w komiksach. A co z filmem?

„Deadpool” dał mi dokładnie to, czego oczekiwałem. W sensie - to naprawdę dobra adaptacja komiksu. Więcej niż dobra. To niesamowicie dobra adaptacja komiksu. Jest tu wszystko, czego oczekiwałem: zabawny aktor w czerwonym stroju - jest. Mięso latające po całym ekranie - jest. Częste retrospekcje i łamanie czwartej ściany - jest. Udany wątek tragiczny, dzięki któremu Deadpool zyska troszkę głębi - jest. Żarty o penisach i wyśmiewanie uniwersum - jest. Ogółem adaptacja jest tak samo świetna jak komiksowy oryginał. Niesamowicie podobały mi się sceny, w których Deadpool nagle w samym środku rozróby zaczyna do nas mówić na zupełnie inny temat. W filmie pojawiła się także masa innych fenomenalnych motywów - jak chociażby kłótnia o meble z IKEI czy ciągłe naśmiewanie się z Wolverine’a. Problem jednak w tym, że o ile „Deadpool” okazał się być kapitalną ekranizacją, o tyle filmem jest troszkę gorszym.

No bo tak - w filmie niewiele się dzieje. Dostajemy na dobrą sprawę jedynie początkową rozróbę, bardzo rozbudowany origin (który ludzi zaznajomionych już z komiksowym pierwowzorem może nieco nudzić, ale wiadomo, że był konieczny, bo znaczna większość nigdy o Deadpoolu nie słyszała) oraz finałową rozróbę. I zasadniczo to tyle. Nie dostajemy tu żadnych innych ikonicznych postaci, a sama fabuła i wszyscy bohaterowie są mocno sztampowi. Na ekranie poza Deadpoolem możemy zobaczyć typową damę w opresji, zabawnego barmana, słabo wypadający czarny charakter, dwójkę bohaterów z serii X-Man oraz hinduskiego taksówkarza. Jak sami jesteście w stanie zauważyć, nie jest to specjalnie zajmujące towarzystwo. Prawdopodobnie taki był właśnie zamysł twórców, nie można jednak nie przyczepić się, że drugi plan jest jedynie tłem, które spokojnie można by wymienić na inne i nic wielkiego by się nie stało. 

Gra aktorska wypada tu naprawdę bardzo dobrze. Głównie za sprawą Ryana Reynoldsa, którego z każdym kolejnym filmem uwielbiam coraz bardziej. Odtwórca głównej roli był dla mnie najważniejszy - mimo, że Deadpool nie jest moją ukochaną postacią z uniwersum to jednak sporo o nim czytałem i miałem na jego temat pewne wyobrażenie. I jak to zawsze bywa - bałem się, że Reynolds zwyczajnie nie sprosta moim oczekiwaniom. W momencie, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy na ekranie, wszystkie wątpliwości zniknęły - to był on, to był Deadpool. Uwierzyłem w niego całkowicie. I dalej poszło już z górki - każdy kolejny aktor drugoplanowy grał lepiej lub gorzej, ale wystarczająco na tyle, by nie przeszkadzać mi podczas seansu. Prawie dwie godziny minęły mi na naprzemiennych napadach śmiechu i napadach płaczu. Żarty zawsze działały - nieistotne czy dotyczyły popkultury, twórców tego filmu czy seksu. Nie gorzej wyglądały sceny walki, które mimo niskiego budżetu udało się stworzyć znakomicie. Deadpool tu skacze, spada, robi piruety, odcina kończyny i wszystko wygląda, może nie realistycznie, ale na pewno efektownie.

Żeby nie było, że nie jestem w stanie znaleźć wad w nowej produkcji Marvela. Oprócz wcześniej wymienionych najbardziej na pewno boli niski budżet. Niestety nikt w film o Deadpoolu inwestować specjalnie nie chciał - nie dość, że postać przeciętnemu Kowalskiemu nie jest zupełnie znana, to kategoria R znaczyła znaczne zmniejszenie dochodów ze sprzedaży biletów, bo jak wiemy główną siłą napędową dla produkcji Marvela są właśnie bilety zakupione przez dzieciaki. No i dało się odczuć te dziury w budżecie, zwłaszcza podczas częstych scen wybuchów czy w designie stroju Colossusa, który mimo fantastycznego rosyjskiego akcentu i usposobienia pacyfisty, kłuł mnie nieco w oczy swoim wyglądem. Myślę, że dochodami był zdziwiony każdy, gdy po pierwszych trzech dniach od premiery „Deadpool” dwukrotnie przekroczył kwotę zainwestowaną w produkcję. Chociaż spore zarobki dało się wyczuć jeszcze przed premierą filmu, gdyż kampania reklamowa i cała akcja marketingowa odnosząca się do człowieka w czerwonym stroju, była jedną z lepszych jaką ostatnio widziałem. Mimo, że Deadpoola w mediach było wiele, sama kampania była naprawdę mało inwazyjna, a wszystkie reklamy tworzone były z pomysłem.


„Deadpool” jest więc fantastycznym filmem dla osób, które o tym śmieszku nigdy jeszcze nie słyszały - rozbudowany origin sprawi, że wszyscy dobrze zapoznają się z tym niecodziennym superbohaterem i na pewno go pokochają, bo nie oszukujmy się, nie da się go nie pokochać. Ci jednak, którzy Deadpoola znają bardzo dobrze, do kina pójdą prawdopodobnie jedynie dla poczucia klimatu z kart komiksów, który (RĘCZĘ ZA TO) jest równie wybitny. I cóż, mogą jedynie czekać na sequel, który w scenie po napisach został nam niejako obiecany. W scenie po napisach, jakiej jeszcze nie było. W tak wybitnej scenie po napisach, wyśmiewającej takich komiksowych nerdów jak ja. Ale cóż, było warto. Przy goryczy, której doświadcza Deadpool, moja, spowodowana niecodziennym zakończeniem, jest jedynie malutkim pstryczkiem w nos. W dodatku całkiem zabawnym, z perspektywy czasu.

niedziela, 14 lutego 2016

"Carol" reż. Todd Haynes

Unknown

„EJ MACIEK, TY STARY MALKONTENCIE, WEŹ TY OCEŃ W KOŃCU JAKIŚ FILM POZYTYWNIE, A NIE CAŁY CZAS NARZEKASZ” - te słowa pewnie cisną się na usta każdego z was, drodzy czytelnicy. Prawdopodobnie zwłaszcza w sezonie oskarowym, bo to właśnie teraz każdy twierdzi, że złotego ludzika powinien dostać inny film i mógłby zabić za jakąkolwiek krytykę dla swojego ukochanego filmu. I tak, nie będę ukrywał, że w kinie nie łatwo jest mnie zachwycić czy złapać za serce, a momenty większego zaangażowania dla historii i problemów bohaterów nie zdarzają mi się ostatnio często, ale hej. Udało się. Widziałem to wczoraj. Niezwykłe doświadczenie. Panie i panowie - „Carol”.

Zacznijmy może od tego, że na film czekałem dosyć długo - głównie przez Rooney Marę w obsadzie (już wyjaśniam - jeżeli chodzi o aktorów i aktorki, jest trójka, których niemiłosiernie uwielbiam - Rooney Mara, Anne Hathaway i Bill Murray. Nie wiem dlaczego akurat ta trójka, w każdym razie po prostu samo patrzenie na nich sprawia, że jest mi ciepło na serduszku). Sam punkt wyjściowy jest zresztą intrygujący - dostajemy tu historię homoseksualnego związku przykładnej matki rodziny z młodą sprzedawczynią ze sklepu z lalkami, w połowie lat 50-tych. Mimo tego jednak nie nastawiałem się specjalnie na film - jasne, chciałem, żeby był dobry i jasne, kupiłem te bilety na przedpremierę, ale jedyne czego oczekiwałem, to po prostu poprawny film obyczajowy. Jak bardzo byłem zaskoczony, gdy z seansu wychodziłem w stanie, w jakim dawno nie znalazłem się po obejrzeniu ”romansidła”.

”Romansidła”, bo film też z typowym romansem nie ma wiele wspólnego. Cała namiętna relacja między Marą a Blanchett jest wygrana na malutkich scenach, gdzie obie panie czasem ”przypadkowo” muskają się dłońmi czy prowadzą dwuznaczne dialogi. I to chyba w „Carol” jest najpiękniejsze - jego prostota w obrazowaniu miłości, ujęcie związku jako pewnego procesu, a nie pierwszego pocałunku po pięciu minutach filmu i krzyczeniu „JESTEŚMY RAZEM, SŁUCHAJCIE!!!”. Nie, jakiekolwiek przełamanie w relacji następuje tak naprawdę sporo za połową seansu, do tej pory czerpiemy ogromną przyjemność z ich kontaktu, którego sami nie jesteśmy w stanie zdefiniować, co więcej - obie bohaterki też nie są w stanie. 

Właśnie, bohaterki, bo przecież bez nich nie kochałbym tak bardzo tego filmu - mowa tu rzecz jasna o Rooney Marze i Cate Blanchett. Patrząc na nie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszego castingu do tych ról. Z jednej strony mamy wyśmienitą jak zwykle Cate, grającą naprawdę fenomenalnie pociągłą i stonowaną kobietę, przykładną matkę, a jednocześnie rozdartą emocjonalnie lesbijkę, bo co tu dużo mówić, ciężar jej położenia przygniata nas wszystkich na sali. Z drugiej jednak jest Rooney Mara i… po tym filmie stwierdziłem, że nigdy w życiu nie widziałem tak uroczej kobiety. Naprawdę, może i aktorsko nie dorównywała starszej koleżance (co chyba jest też winą scenariusza, jej postać najzwyczajniej w świecie była nieco mniej tragiczna w tej historii), ale nadrabiała wszystko wdziękiem, zakochiwałem się w jej prozaicznych ruchach i gestach, zatracałem w głębi oczu… okej, zakończmy te miłosne zachwyty, bo pisałbym o niej do rana. W każdym świetnym rozwiązaniem byłyby dwa Oskary, marzę o jednym, a nie dostanę najprawdopodobniej żadnego. Oj, Akademio.

Niemniej dobry okazał się sam skrypt, na bazie którego aktorki zbudowały swoje postacie. Niepewna siebie i swoich uczuć Mara i doświadczona Blanchett zostały napisane naprawdę dobrze, nie ma tu co prawda wielu ostrych jak cięcie nożem wymian zdań, a całe piękno relacji jest budowane raczej na niedopowiedzeniach, ale w filmie jest masa fantastycznych scen. No i nie zapominajmy o świetnej fabularnej klamrze i drastycznej przemianie bohaterek, co tak dobrze widać w jednej z ostatnich scen w restauracji (zresztą scenie, która jest także pierwszą). 

Nieco mniej zachwycił mnie drugi plan, ale po prostu biorę to jako wizję reżysera. Prawie wszystkie postacie mijane przez nasz duet są absolutnie nijakie i bezpłciowe, ale chyba zamysłem było stworzenie tła, który jest właśnie tłem służącym do mijania. Jakkolwiek to głupio brzmi, mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Z tych wszystkich postaci wybija się co prawda Sarah Paulson, grająca ciotkę Abby, ale też nie jestem w stanie ocenić jej gry, bo postać na samym ekranie jest tylko przez kilka scen, mimo tego jak istotna jest dla samej Carol. 

Ze spraw bardziej technicznych - byłem zachwycony scenografią. Piękne stroje z epoki czy wystawy sklepowe tak bardzo przeniosły mnie w tamten świat, że po seansie zapragnąłem kupić sobie to zabawne nakrycie głowy z pomponem, które Mara nosiła na okrągło czy też stary aparat, którym mógłbym robić tak cudne zdjęcia. Mam też dziwne wrażenie, (a widać to chyba najlepiej na napisach początkowych) że film był kręcony w jakiś inny sposób, może to kwestia ustawienia kamery, może samej kamery, a może po prostu filtrów, w każdym razie czułem się, jakbym faktycznie oglądał film z epoki, nieopowiadający o dawnych czasach, a po prostu w dawnych czasach nakręcony. Jak mówię, taka obserwacja, zwłaszcza na początku, dała mi niesamowicie wiele frajdy i pozytywnie nastawiła na film. Nie zapominajmy też o muzyce, oj tak, muzyka była fantastycznie napisana, sprawiała jedynie, że jeszcze bardziej rozpływałem się w każdym czerwono-zielonym kadrze, że jeszcze bardziej podobał mi się ten romans, że Mara była jeszcze bardziej urocza w czapce mikołaja.

I ja wiem, że „Carol” może się wielu nie podobać przez powolne tempo rozwoju bohaterek (bo nie ukrywajmy, w tym filmie, jak w „Zjawie”, za wiele się nie dzieje), albo przez temat, który sobie obiera, a nawet przez zbyt hollywoodzkie zakończenie i ja to całkiem szanuję. Niemniej jednak nie było w tym roku filmu, w którym zakochałbym się tak bardzo, jak w „Carol” właśnie. I nie było w tym roku filmu, w którym Rooney Mara wyglądała aż tak uroczo. I może właśnie dlatego warto jest biec go zobaczyć, jak już za miesiąc dostanie się do polskich kin. 


P.S. Scena łóżkowa też jest całkiem okej.


czwartek, 11 lutego 2016

"Spotlight" reż. Tom McCarthy

Unknown

Oskarowy sezon zaczął się na dobre, co oznacza (dla mnie i dla was mam nadzieję) jeszcze więcej czasu spędzonego na salach kinowych. Ah, zapach popcornu, miękkość foteli i ogólny gwar zachwytów zmieszany z gwarem niezadowoleń. Tym razem oba gwary były porównywalnie głośne. Dlaczego? Cóż, „Spotlight”.

Film opowiada nam historię śledztwa prowadzonego przez dziennikarzy gazety Boston Globe w roku 2001, odnoszącego się do spraw molestowań nieletnich przez księży. Dzielni dziennikarze z sekcji Spotlight, będącą zasadniczo swoistym biurem detektywistycznym, starają się zebrać wszelakie potrzebne materiały dowodowe i w jakiś sposób może nawet „uratować” miasto (Boston bowiem był i dalej jest niesamowicie katolickim miastem amerykańskim).

Film możemy na wstępie przyrównać do wcześniej recenzowanego przeze mnie „The Big Short” - oba dzieła bowiem łączy misja, dla jakiej zostały stworzone. Moim głównym problemem jest jednak fakt, że nie zostały one zrobione w podobny sposób. Nie zrozumcie mnie źle - absolutnie nie chciałbym mieć dwóch jednakowych filmów w oskarowym starciu, skądże. Po prostu odnoszę wrażenie, że reżyser nie mógł się zdecydować w jakim stylu historia powinna zostać opowiedziana. Z jednej strony można „Spotlight” odbierać jako film dokumentalny, który stara się w miarę rzetelnie opowiedzieć całą tę tragiczną historię. Niestety, zawiera on zbyt wiele środków, którymi posługuje się film fabularny. Co dla mnie osobiście jest troszkę rozczarowujące, bo wydaję mi się, że gdyby twórcy zdecydowali się pozbawić obraz zupełnie niepotrzebnych uwag na temat spraw wiary (WIARY podkreślam, nie kleru), wyszłoby mu to na dobre. O czym mówię? Cóż, w filmie występuje masa uwag i zgrań zupełnie zbędnych, jak chociażby scena, gdzie kilkoro ludzi zapytanych o wiarę odpowiada: „Kiedyś wierzyłem, ale po tym co zaszło już nie jestem w stanie”, albo scena, w której wnuczka podsuwa ultrakatolickiej babci gazetę z artykułem mówiącym o 1000 ofiar molestowań w Bostonie, a na babcinej twarzy widzimy wyraz bólu i niedowierzania. Jasne, rozumiem o co chodziło twórcom, mieli zamiar pokazać jak bardzo ta informacja wstrząsnęła mieszkańcami Bostonu, ale naprawdę nie uważam, że sceny te były scenami koniecznymi dla wydźwięku filmu. Szczerze mówiąc wydawały mi się mocno zbędne i włożone tam na siłę. 

Z drugiej jednak strony nie jestem w stanie tegoż filmu uznać za bardzo dobry film fabularny - za mało dowiadujemy się o głównych bohaterach, nie wiemy o nich nic, poza tym, że pracują razem w gazecie. Po prostu jesteśmy wrzuceni w już rozpoczętą historię, w którą na początku trudno nam wejść i obserwujemy tych ludzi tak jakby z boku, jedynie jako dziennikarzy. Możliwe, że był to celowy zabieg reżysera, ale niesamowicie mnie denerwowało, że przez nierozwijanie wątków bazujących na relacjach bohaterów, do połowy filmu nie znałem imion poszczególnych dziennikarzy ze Spotlight. 

Niemniej jednak mimo uwierających mnie wad, „Spotlight” oglądało mi się naprawdę nieźle. Po pewnym czasie, zamiast film o sprawie molestowań nieletnich przez kler, zacząłem traktować historię jako po prostu relację z pracy gazety. Wtedy już potrafiłem bardziej uwierzyć w tę opowieść i pozwoliłem porwać się historii. Właśnie „porwać się historii”, bo ten film zasadniczo stoi jedynie nią. I nie uważam tego za kolejny zarzut, bo mając tak mocny temat trudno było sprawić, żeby to nie ona była najmocniejszym punktem tegoż filmu. „Spotlight” powinno się traktować jako próbę zrelacjonowania nam wydarzeń z 2001 roku i wojnę gazety z kościołem, a niekoniecznie pełnoprawny film fabularny, bo na emocjach bohaterów film skupia się bardzo rzadko. I gdy dojdzie do nas, że to najlepsza droga do polubienia tego filmu - spędzimy miło i przyjemnie te 2,5 godziny w kinie.

Pod względem realizacyjnym twórcy dali sobie radę - mimo, że od 2001 roku nie dzieli nas wiele czasu, da się jednak wyczuć, że starano się dobrać wszystko, aby faktycznie pasowało (chociażby komputer, w którym by przybliżyć obraz należy kręcić gałkami). Widać także, że starano się, aby scenariusz był jak najbardziej rzetelny. Prace nad wszelkiego rodzaju szczegółami dotyczącymi osi fabularnej trwały ponoć rok, twórcy mieli dodatkowy mobilizator w postaci lęku przed pozwami z Watykanu. Dzięki temu mamy pewność, że cała opowieść, ze wszystkimi przerażającymi wręcz składnikami scenariusza, jest w stu procentach prawdziwa i niezakłamana. To się ceni.

Na całe szczęście mocnych elementów jest w nowym filmie Toma McCarthy’ego więcej, jak chociażby aktorstwo. Aktorstwo było tu naprawdę bardzo dobre, chociaż nie mogę tego odnieść do wszystkich. Na pewno najjaśniejszym punktem filmu jest Mark Ruffalo, który po raz kolejny udowadnia, że zasłużył na miejsce w hollywoodzkiej czołówce. Co prawda wiele możliwości do szarżowania nie miał (chociaż jedna czy dwie sceny zapadły w pamięć), ale całkiem rewelacyjnie wykreował postać dociekliwego dziennikarza. Niemniej dobrze postać ograł Michael Keaton, który rok temu wraz z „Birdmanem” wrócił do grania w dobrych filmach. Przez scenariusz, który miał w poważaniu przeszłość bohaterów wiele o nim nie wiemy, natomiast z tego co zostało dla niego napisane, Keaton wykreował naprawdę dobrą postać z krwi i kości, postać naczelnika gazety (tzn naczelnika sekcji Spotlight), w którego uwierzyłem. Gorzej miałem jednak z resztą obsady, chociażby z Rachel McAdams, od której oczekiwałem stworzenia kogoś więcej niż kobiety, która chodzi jedynie w tę i z powrotem. Ale to nie jedynie ona - cały drugi plan, wszyscy oprócz wcześniej wymienionych, są w filmie jedynie by przekazywać beznamiętnie informacje o dalszych losach śledztwa. I rozumiem, że to prawdopodobnie także był zabieg reżysera, ale to sprawia jedynie, że coraz mniej lubię ten film. Nie zrozumcie mnie źle - zaraz po filmie byłem bardzo zadowolony, ale im więcej myślałem o nim później, tym bardziej wydawał mi się niespójny i przesadzony. Ale nie przejmujcie się tym absolutnie. Mimo wszelkich wad Spotlight jest naprawdę fantastycznym obrazem pracy dziennikarzy, ciężkiej pracy dziennikarzy. Filmów, które z takim zapałem opowiadają o prowadzeniu śledztwa jest na rynku deficyt. I chociażby dlatego warto na „Spotlight” pójść. 
Maciej Roch Satora. Obsługiwane przez usługę Blogger.